Poczuj się jak wiking dobijający do brzegu rzuconej na środku oceanu wyspy, niech zachwycą Cię pokryte zielonym dywanem szczyty i lazurowe morze. Gdy już zejdziesz z promu, nie myśl o cywilizacji, która na pewno ułatwi ci pobyt, ale pozwól wyspie przenieść cię w czasy najdawniejsze, gdy ludzie czcili święty lud o dziewięciu palcach, gdy w tajemniczej jaskini odbywały się ceremonie godne uwiecznienia na skałach lub gdy łapano orły gołymi rękoma. Poczuj harmonię natury, dostrzeż niebywały talent Twórcy Świata. Usiądź na zboczu góry i spróbuj uchwycić wzrokiem zataczające kręgi orły, lub wysiadujące potomstwo arktyczne maskonury. Poczuj zapach opuszczonych domów w wiosce Måstad i przejdź jedyną możliwą lądową drogę do niej, którą przez setki lat pokonywali mieszkańcy wyspy. Daj się oczarować wiatrom, wprawiających niegdyś w ruch łodzie wikingów. Popatrz na widok, którym zachwycali się nasi przodkowie przez tysiące lat.

Værøy, to wyspa którą odwiedziliśmy na przełomie lipca i sierpnia. Jej nazwa oznacza wyspę pogody (vær- pogoda, øy-wyspa). Jest wiele miejsc w Norwegii, które słyną z pogodowych kaprysów. W Bergen deszczowych dni w roku może być aż 200. Północna Norwegia słynie z mrozu, wiatru, śniegu i ciemności. Natomiast Værøy, maleńka wyspa na krańcu mitycznego archipelagu Lofotów, słynie z każdego możliwego typu pogody. Podobno w Norwegii nie ma złej pogody, są tylko źle dobrane ubrania, jak mówi norweskie powiedzenie. Oprócz deszczu, który jest zmorą każdego turysty, bo ciągnie za sobą ciężkie pierzyny chmur przykrywające każdy widok, jest jeszcze wiatr. Jeśli będziecie na Værøy, zwróćcie uwagę na stare domy i kierunek ich ustawienia w stosunku do wiatru. Wiatr z północy jest najsilniejszy, nie tylko przeszywająco zimny ale i groźny, zwłaszcza zimą.

Pyzy szwędają się po Norwegii od 13 lat i wiele zakątków już odwiedziły, do wielu jaskiń się schowały i z wielu szczytów podziwiały widoki, a i tak im dalej na północ, tym dla nas piękniej. Dlatego po 12 latach mieszkania w Trondheim postanowiliśmy przeprowadzić się za koło podbiegunowe – na Lofoty.
Na Værøy wybraliśmy się z domu w Leknes. Do Moskenes, skąd odpływa prom dojechaliśmy samochodem. Zaparkowaliśmy na parkingu tuż przy kei i przesiedliśmy się na rowery.


Dzień wyjazdu
Plan wycieczki ustalony, popłyniemy promem porannym Moskenes – Værøy. Cztery rowery po gruntownym przeglądzie i pakujemy auto. Dwie przyczepki, jedna towarowa, druga towarowoosobowa, namiot, śpiwory, ubrania, jedzenie, wszystko w czterech sakwach i bagu Crosso, dla pięcioosobowej ekipy. Pogoda zapowiada się przyzwoicie, nie pada co najważniejsze bo w deszczu w namiocie ciężko utrzymać trzech aktywnych chłopców i psa, ma tylko trochę wiać. W noc przed wyjazdem okazało się, że na północnej części wyspy, tam gdzie planowaliśmy rozbić obóz, ma szaleć sztorm. My już wiemy, że tego typu wiatr jest zimny, dokuczający i bardzo mało przypominający letnią bryzę o poranku. Odwołujemy wyjazd i czekamy na lepsze warunki (tylko dlatego, że mieszkamy blisko i są wakacje więc możemy pozwolić sobie na wyjazd w każdej chwili) – tu terminów było kilka i do tego problemy promowe spowodowane wybuchem Covid-19…
Ale… W końcu:
Tydzień później…

Dzień 1.
Tym razem zdecydowaliśmy się na wieczorny prom. Dla osób pokonujących przeprawę promową pieszo lub na rowerach, prom jest darmowy. Przeprawa samochodem to koszt około 180zł dla
samochodu osobowego. Na Værøy można dopłynąć również z Bodø, Cena to ok 400zł w jedną stronę, lub pieszo również za darmo. Czas jaki spędzicie na promie z Moskenes do Værøy to godzina i piętnaście minut. Wystarczy na obejrzenie dramatycznego zakończenia wyspy Moskenes oraz jednego z najsilniejszych prądów morskich między Moskenes, a niezamieszkaną wyspą Mosken. My podróżowaliśmy oczwiście z naszą cudowną Luną. Pies na promie, jeśli nie zostaje w aucie, spędza czas w klatce dla psów na górnym pokładzie, lub w specjalnym pokoiku z klatkami. Po drodze załapaliśmy się na piękny zachód słońca z Mosken na pierwszym planie.


Patrząc na mapę uznaliśmy, że najlepiej będzie po zjechaniu z promu przepedałować 11km na północną stronę wyspy do Norlandshagen. To nie camping, ale prosta toaleta i bieżąca woda są.
Tak też zrobiliśmy, nie spodziewaliśmy się tylko, że droga do pokonania wiedzie przez dwie przełęcze. Dla nas dorosłych to nie problem, ale dla siedmio- i dziesięciolatka to nie lada
wyzwanie. Latem, za kołem podbiegunowym, nawet jeśli słońce chowa się za horyzont, nadal jest jasno. O 23:00 wciągaliśmy rowery pod górkę i radośnie, w wieczornej ciszy i przy minimalnym
ruchu samochodów, zjeżdżaliśmy. Po godzinie 24 dojechaliśmy na miejsce. Wiało oczywiście, w porywach nawet do 12 m/s, jak się później dowiedzieliśmy.

Na Norlandshagen spędziliśmy dwie noce.
Po drodze do tego miejsca mijaliśmy stary kościół cmentarz, który przy ładnej pogodzie prezentuje się interesująca z górami w tle.

Dzień 2.
Daliśmy ponieść się fantazji bawiąc się na malowniczej plaży, u „stóp” trolla Heimetussen. Ruszyliśmy też w kierunku opuszczonej w połowie ubiegłego wieku rybackiej wioski Måstad. To tam narodziła się rasa psów polujących na maskonury, Lundehund. Do samej wioski prowadzi wąska i momentami bardzo stroma ścieżka. Część nóg odmówiła posłuszeństwa więc postanowiliśmy wrócić do obozu i spędzić czas na plaży. Na Nordlandshagen znajduje się też dawne lotnisko, którego pas startowy dziś służy jako miejsce dla camperów. Lotnisko zostało zamknięte po tragicznym wypadku, w którym zginęło 5 osób, po zaledwie czterech latach funkcjonowania.

Czas spowalnia się w takich miejscach. Wieczorem podziwialiśmy zachód słońca na tle wyspy Mosken i Lofotów.

Dzień 3.
Nasz plan zakładał trzydniowy pobyt na wyspie. Po śniadaniu i spakowaniu obozu wróciliśmy tą samą drogą (jedyną możliwą), na południową stronę wyspy. Obawialiśmy się, że po takiej trasie
będzie brakować nam sił na zdobycie Håen – najpopularniejszego szczytu Værøy, z najpiękniejszym na świecie widokiem. Po 11 kilometrach przeprawy w niespotykanym upale dojechaliśmy do sklepu :) To była motywacja dla dzieci – LODY. Uznaliśmy, że spróbujemy zdobyć szczyt więc przejechaliśmy na parking skąd zaczyna się najprostsza ścieżka. Pierwszy odcinek wiódł po kamieniach omijając tunel. Później już tylko asfaltowa droga aż do punktu widokowego. Wybraliśmy tę trasę ze względu na dzieci, którym dała się we znaki jazda na rowerze. Od parkingu na szczyt jest ok. 2,5
km, które nam zajęły dwie godziny, za to każdy zdobył szczyt na własnych nogach, nawet trzylatek. Na szczycie znajduje się Baza NATO, której fotografować z przyczyn oczywistych nie można, stąd też asfaltowe serpentyny. (Raz w roku, podczas dni Værøy, można wjechać na Sam szczyt samochodem). Widok rozpościerający się z Håen zapiera dech w piersiach. Cudowny, malowniczy, wręcz niewiarygodny widok. Zielony łańcuch górski, wyrastający wprost z morza, dokoła tylko błękit horyzontu, orły i plaża. W dół schodziliśmy zboczem, na skróty i oczywiście dużo szybciej.


Na Værøy jest oczywiście dużo więcej szczytów do zdobycia i szlaków do przejścia. Nam, tym razem wystarczyło atrakcji. Uraczyliśmy się obiadem w Værøy Brygge (tu można też wykupić noclegi) i ruszyliśmy w kierunku promu.
Możecie poszukać również wzmianek o produkcji tutejszej czekolady, obejrzeć rusztowania do suszenia ryb, mały porcik, marinę no i okolicę, piękne postrzępione górskie szczyty, niebieski, ciągnący się horyzont i mnóstwo urokliwych domków rybackich. Dzięki sakwom Crosso nasza wycieczka była możliwa, ponieważ nasz cały dobytek biwakowy i dzieciaty w żaden sposób nie zdołałby się upchnąć w inny sposób. Do tego są mega wygodne i odporne na każde warunki!


Koniecznie wpiszcie sobie Værøy na listę miejsc wartych przeżycia. Ponieśliśmy minimalne koszty, to była jedna z naszych najtańszych wycieczek. Wrócimy na pewno na poszukiwania
trolli :D i maskonurów.

Basia i Robert pyzywnorwegii.com

    0
    Twój Koszyk
    Twój koszyk jest pustyWróć do Sklepu
      Kupony rabatowe