Browarower 2014

Lubię rower. Nie to żebym był uzależniony czy coś, ale myślę że to najlepszy środek transportu na zwiedzanie świata. Piechotą jest trochę za wolno, do tego plecy bolą, stopy bolą – niektórzy może to lubią. A samochodem? Za szybko, no i wszystko za szybą, ani zapachów, ani odgłosów natury. Tak więc rower. A co jeszcze lubię? Piwo lubię. Nie to żebym się upijał, nie o to chodzi. Ja po prostu lubię piwo. Najlepiej miodowe. I to były składowe tej wycieczki wakacyjnej. Browary i rower, podróż w skos Polski, podróż samotna, w zasadzie pierwsza całkiem samotna. Niby nie długo, bo tylko 6 dni, ale i tak stęsknić się za Agatą i domem zdążyłem. Ale od początku.

Po kilku godzinach w pociągu wyskakuję na dworzec w Olsztynie. Zakładam na bagażnik pożyczone od dziewczyny sakwy Crosso i powoli ruszam. Tuż przy rynku miał być sklep. Z zadziwieniem spoglądam na tablicę, na której jak byk stoi że Cudne Manowce to pub. Piwo podczas jazdy to niewątpliwie kiepski pomysł, więc jadę dalej. Na rynku podziwiam stary ratusz i zamek. Wskakuję na mój wehikuł i jadę szukać samego browaru. Z pomocą gps-a docieram do celu – Browaru Kormoran, ale tu także nie dostanę pojedynczej butelki. Chwilę później udaje mi się zdobyć pierwszy trunek w pobliskim sklepiku i zaczynam kierować się na Ciechanów. Jadę i jadę a Olsztyn nie chce się skończyć… W końcu wyjeżdżam za ostatnią tablicę. Przejeżdżam obok kąpieliska nad jeziorem, podziwiam stare kościoły, czytam tablice informacyjne, pogoda dobra, aż chce się jechać. Decyduję się na trasę pomiędzy dwoma jeziorami: Łańskim i Plusznem Wielkim. Asfalt, a później leśna droga prowadzą mnie pewnie naprzód, kręcę kolejne kilometry i odpoczywam od zgiełku Wrocławia.

Po 40 kilometrach jest już 16.00. Trochę piasku i moje opony gubią przyczepność to też nie jadę zbyt szybko, ale w końcu są wakacje i choć plany miałem ambitne to wiedziałem, że do Ciechanowa już nie dojadę. Mimo to prę naprzód pośród pól i jezior.

Za noclegiem zaczynam rozglądać się koło Nidzicy. Ogromnie już zmęczony pierwszym dniem poważnego kręcenia korbą podjeżdżam pod Zajazd Leśny i pytam o możliwość noclegu. Wiozłem ze sobą namiot, więc liczyłem na rozbicie się w ogródku, ale w trakcie rozmowy zobaczyłem altankę na grilla, wręcz doskonałą do tego, żeby tam spędzić noc. Po krótkiej rozmowie z właścicielem mam nocleg, moje piwo chłodzi się w lodówce, a ja zaraz po rozpakowaniu zajadam się obiadem. Przy okazji obiadu dowiaduję się, jak to ludzie dziwią się cenom ryb, które co dzień rano przyjeżdżają świeże i o tym, że dobro powraca – nocleg dostałem gratis do cenny obiadu!

Następny dzień zaczynam od zwiedzania Nidzicy, a w zasadzie od zakupów w tutejszej miodosytni. Później wdrapuję się na najniższych przełożeniach na wzgórze zamkowe i mknę dalej. W Janowcu Kościelnym, którego tytułowy kościół jest imponujących rozmiarów, zjadam śniadanie i z pewną nieśmiałością proszę panią za ladą z mięsem o umycie noża. Moje obawy rozwiewa jej szeroki uśmiech i zapewnienie, że ona ma większe noże od mojego, gdy cicho dodaję, żeby uważała, bo jest ostry…

W około natura żyje pełnią życia, ćwierkają ptaki, latają ważki i… Ten sielski nastrój psuje mi pojawienie się znaku Nidzica 7… Gdzie? Co? JAK?! Przecież byłem tam ze dwie godziny temu. Patrzę na mapę w telefonie i upewniam się, że pomyliłem trasę na papierowej wersji… No nic, raz jeszcze odwiedzam Janowiec i tym razem przezornie pytam pani za stoiskiem z ubraniami i butami o drogę. Ona mnie pamięta, mówi, że myślała, że jestem obcokrajowcem, bo kto jeździ z takim bagażem i do tego ubrany w długi rękaw jak na dworze jest 25 stopni. Uśmiecham się tylko i dziękuję za wskazanie drogi, oby więcej dziś się nie zgubić…  W pewnym momencie przekraczam granicę województwa Mazowieckiego i już w stołecznym województwie kontynuuję zwiedzanie okolic.

Docieram do Ciechanowa koło 18, a tu czeka na mnie kolejny browar i jeszcze jeden zamek. Próbuję najpierw podjechać do zamku, ale wszystkie drzwi są zamknięte. Objeżdżam go i wracając na drogę widzę, że z zamku wychodzą panie z obsługi! Pędzę pod bramę i proszę o wpuszczenie do środka.

– Tylko nie podchodź do szyb, bo już alarm jest włączony! – mówi jedna z nich przepuszczając mnie w drzwiach. Nie chcę ich zatrzymywać, a po za tym oprócz przeszklonego muzeum w środku jest tylko pusty plac, więc szybko zbieram się w stronę browaru Ciechan. Tu obowiązkowa fotka i próba kupienia piwa. Może trzeba było nie próbować… Nie zdążam zareagować i dostaję plastikowy kubek z miodowo złotym trunkiem. Dobrze, że mam butelkę z wodą, która mieści akurat pojemność kufla. Upijam tylko łyk, bo wiem, że kiedy dojadę do miejsca noclegu piwo będzie już ciepłe i pewnie odgazowane…

Noclegu szukam późno. Myślę, czy nie spać na dziko, ale, że nigdy tego nie robiłem to czuję gdzieś wewnętrzny strach… W końcu jestem sam, nikt nie zadzwoni po pomoc… W kolejnej wsi postanawiam zapytać na plebanii czy nie mógłbym rozbić tam namiotu. Odbijam się jednak od nieodpowiadającego na wezwania domofonu. Obok znajduje się remiza, której bramę zamykają dwaj panowie. Pytam i ich o możliwość noclegu. Proponują mi rozbicie się koło remizy, co też skwapliwie robię. Nie powiem żebym czuł się pewnie, a mój niepokój wzrasta, gdy po chwili przychodzi do mnie kolejny mężczyzna i pyta, co tu robię. Okazuje się, że to kolejny strażak ochotnik, który opiekuje się remizą. Nie wyrzuca mnie, a do tego dostaję butelkę wody, na której po chwili gotuję kolację. I tu spotykam kolejnego mieszkańca tejże wsi. Przez chwilę nawet udaję, że go nie widzę, ale w końcu pyta mnie o mój pobyt. A ja w zamian dowiaduję się co nie co o nim. Zbiera właśnie liście dla swoich królików, a pracuje, na co dzień przy budowie dróg pod Warszawą. Żegnamy się, a pan Janek proponuje, że przyjdzie rano z kawą.

Rano zaczynam się zbierać do drogi i chwilkę później pojawia się poznany zeszłego wieczora człowiek z gorącym kubkiem kawy dla siebie i dla mnie. Pijemy kawę i rozmawiamy o mojej drodze. Pan nie może uwierzyć, że chcę dojechać do Wrocławia, zresztą nie on ostatni.

Żegnam się i ruszam wraz z rozpoczynającym się kolejnym dniem. Po godzinie ze średnią prędkością 23 km/h jestem już w Płońsku, a to oznacza, że czas na śniadanie. Kilka godzin później wita mnie Wisła, którą przekraczam w Wyszogrodzie. Uciekam z ruchliwej drogi w bok. Znów cieszy mnie każda chwila podróży w słońcu i pośród zieleni. W Iłowie robię kolejny odpoczynek i zasięgam języka jak najlepiej dotrzeć do Łowicza. W międzyczasie znajduję kąpielisko w Łowiczu w Internecie i podejmuję decyzję, że spróbuję zdążyć tam dotrzeć przed zamknięciem. Miejska pływalnia i panie z obsługi przyjmują mnie z otwartymi ramionami. Wpuszczają za darmo na basen (choć cena 3 zł za bilet ulgowy wcale mnie nie odstraszała) i pożyczają dyżurny czepek. Wreszcie porządnie się myję i wskakuję do basenu. Nie mam siły bić rekordów, ale dzielnie staram się utrzymać na wodzie. Ląduję też w saunie i po godzinie jestem już gotowy do dalszej drogi. Czysty i pachnący ruszam do kolejnego browaru. Ten mieści się w Bednarach i jest typowym rzemieślniczym browarem. Pytam nieśmiało o miodowe piwo, ale pani dyplomatycznie mówi, że jej mąż nie lubi psuć dobrego piwa, więc barwionego miodem nie dostanę. Rad nie rad wybieram dwa piwa w butelkach i pytam o możliwość noclegu. Pani jest zaskoczona i chyba lekko wystraszona, ale po chwili mówi o polu namiotowym niedaleko. Kilkanaście minut później jestem już w Nieborowie na polu namiotowym. Rozkładam się, gotuję kolejny worek kaszy z konserwą turystyczną i popijam zimne jeszcze piwo. Nigdy wcześniej nie miałem okazji pić Ale, w sumie to nigdy nie piłem piwa chmielowego, ale od razu wiem, że będę jego wiernym fanem… Teraz o wiele trudniej w sklepach sięgać mi po piwa „wielkich” marek…

Kolejnego dnia po kilku godzinach znów gubię drogę, przez co zataczam kółko. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo po drodze mijam kolejkę wąskotorową, a w którejś z kolei wsi zatrzymuję się w sklepie i zdobywam cukierki pudrowe. Przy okazji ucinam sobie pogawędkę z panami delektującymi się złotym trunkiem przed sklepikiem. Oni, odwrotnie do mnie, trochę już przesadzili, przez co jeden kłóci się ze sprzedawcą wypominając mu jakieś przewinienia jego brata (?!). Reszta jednak jest miła i nawet dostaję informacje gdzie mógłbym się rozłożyć w Ujeździe. Na wjeździe do tego miasta widzę znak informującym o domu turystycznym, jednak cena zbija mnie z nóg i szybko zostawiam ten przybytek za sobą. Z noclegu w miejscu polecanym przez „podsklepowców” też nici, jadę dalej, a burza wynurza się z boku i pędzi prosto na mnie. Uciekam, byle dalej! Dzwonię do Anioła Stróża (czyt. Agi) i proszę o namiary na nocleg. Znajduje go, ale muszę jechać prosto w objęcia burzy. Pierwsze krople biją już w mój kask, gdy wpadam na podwórze agroturystyki. Całe szczęście są wolne pokoje, bo pracownicy akurat wyjechali na weekend! Uf… Chowam rower i zabieram rzeczy do środka i w tym momencie rozpętuje się ulewa. Wiatr szarpie całym światem, a strugi deszczu biją z niesamowitą siłą o szyby… Jak to dobrze, że nie siedzę w namiocie.

Kolejnego dnia odwiedzam Piotrków Trybunalski, ląduję nawet na rynku na krótki odpoczynek i odwiedzam tutejszy browar. Później zataczam ćwierć okręgu wokół Piotrkowa i jedną długą prostą drogą przez pół dnia kieruję się do Widawy. Dobrze się jedzie, ruch na drodze nie jest zbyt duży. Wreszcie droga odbija w dół, w stronę Wielunia. W jego okolicy chcę znaleźć nocleg. Co okazuje się nie lada wyzwaniem… Policjanci czyhający na piratów drogowych mówią coś o jakimś hotelu, mieszkańcy też nie wiedzą nic o agroturystyce. Pytam o miejsce na namiot. Kierują mnie na jakąś bazę harcerską 30 kilometrów dalej. A ja już jestem taki zmęczony, naprawdę… 100 km mam w nogach. Nawet zaczynam się złościć, że nikt mnie nie zaprosił na własny ogródek… Jadę dalej szukać tej bazy harcerskiej. Kolejny napotkany mieszkaniec, już w innej wsi mówi, że on jest za stary na takie noclegi i że nie wie, nic nie słyszał nic nie widział… No i co tu zrobić… Odpalam komórkę i szukam na mapie czegokolwiek gdzie da się spać nie całkiem na dziko. Kieruję się w stronę znalezionego noclegu, jednak przy ruchliwej drodze widzę bar. Podjeżdżam i pytam o spędzenie nocy. Pani podaje mi cenę, a ja nieśmiało mówię, że mam namiot. Pani jakby uradowana mówi, że z namiotem to za darmo, za parkingiem pod drzewami, proszę bardzo. Umawiam się jeszcze na prysznic i zamawiam obiadokolację. Znów czysty popijam piwo bananowe i nastawiam budzik na 4.30. Postanawiam zdążyć nazajutrz do domu.

Budzę się raniutko. Nie powiem, że się wyspałem, ale razem ze mną zaczyna się zbierać też jeden z kierowców dużych ciężarówek, więc w swoim niewyspaniu nie jestem chociaż sam. Ambitny cel na dziś motywuje do szybkiego zbierania namiotu i ruszania w trasę. Jest jeszcze szaro, kiedy pędzę w stronę Wielunia. Kilka godzin później jest już gorąco, a ja po raz kolejny na tej wyprawie zataczam koło zamiast pojechać najkrótszą drogą. Nie to, żebym bardzo nad tym ubolewał. Pola piękne, asfalt dobry, zielono i miło, ale chcę już dziś położyć się w wygodnym łóżku. Wyjeżdżam na bardziej uczęszczaną drogę w stronę Namysłowa i mknę po niej z prędkością światła. Zatrzymuję się przy ABC i spotykam tam psa, który upodobał sobie klimatyzowane wnętrze. Wchodzi do sklepu, co otworzą się drzwi i kładzie się na środku przejścia z wywalonym językiem. Panie ekspedientki próbują go wyprowadzić, a on ciągle, jak mały osiołek, wraca do środka. Nie to, żeby sklepikarki nie chciały mu ulżyć w gorący dzień. Cienia dużo, a miska z zimną wodą czeka na pieskiego klienta obok sklepu. On jednak nic sobie nie robi z tych uprzejmości i woli korzystać z klimatyzacji.

W Namysłowie byłem już raz u kolegi, to też bez trudu podjeżdżam prosto pod browar. Wiem też gdzie dostanę namysłowskie piwo. Odpoczywam chwilę w cieniu pod sklepem i wskakuję z powrotem na rower. Tyłek boli już strasznie od siodełka, a do domu ciągle sporo kilometrów. Ból rekompensują widoki na pola i zagajniki, mijane kościoły i nawet jakiś zapomniany pałacyk. Docieram w końcu do Oławy, a stąd już tylko rzut kamieniem… W zasadzie to raczej kostką brukową… Kolejne kilometry wytrząsają ze mnie resztki energii, a mogłem pojechać główną drogą. Wybrałem podwrocławskie trakty i taki był skutek… Pierwszy raz na tej wycieczce jadę po kostce brukowej… Po dobrych kilkunastu kilometrach docieram do Wrocławia! Nic tak nie cieszy jak tablica z nazwą miasta! Stąd do domu już tylko kilka kilometrów, a w zmęczonym ciele odzywa się resztka nadziei na ciepły prysznic. W rekordowym tempie zajeżdżam pod własny garaż. Wynik dnia 162 km, z sakwami i plecakiem, czyli jakimiś 22 kg na bagażniku.

Samotna droga pozwala pomyśleć, pozwala też podziwiać naturę. Sprawia, że człowiek cieszy się ze spotkania z ludźmi chętnymi do rozmowy. I choć to wszystko jest piękne, to wiem, że wspólne podróże z moją dziewczyną sprawiają jeszcze więcej frajdy… Wspólne wspomnienia i inne spojrzenia na drogę też kreują inną rzeczywistość. Po tej wyprawie wiem jednak, że jeśli będę chciał uciec gdzieś sam, odpocząć i wyciszyć się to mogę to zrobić, że dam radę! Odwiedziłem 5 browarów, zakochałem się w piwie od małych producentów, pierwszy raz sapałem na pół dziko, pierwszy raz nie musiałem poświęcać 15 minut na zakładanie sakw co rano i drugie tyle na ściąganie ich wieczorem… Spotkałem ludzi chętnych do pomocy, uśmiechniętych i rozmownych… I tylko ręce bolały mnie jeszcze przez cztery dni od ściskania kierownicy ostatniego dnia podróży. Czucie w jednym z palców odzyskałem dopiero po dwóch miesiącach :P

Autor relacji: Mikołaj Demków

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalaj na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą jakość przeglądania. Jeśli będziesz nadal korzystać z tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz „Akceptuję” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij