Jesteśmy z Katowic. Jest nas czwórka. Bartek, Przemek, Michał i Marek. To była już nasza trzecia wyprawa do Francji, ale pierwsza w czerwonych barwach Crosso. Główny cel – odcinek Paryż – Marsylia.

Także w tym roku skorzystaliśmy z bardzo taniej oferty linii Wizzair, dużo wcześniej kupując bilety. Na lotnisku człowiek z rowerem budzi wciąż wielkie zdziwienie i niedowierzanie. Mamy z powodu tej egzotyki zawsze jakiś ubaw. Rozumiemy, że dla pasażerów to jeszcze może dziwne, ale nawet obsługa lotnisk robi często wielkie oczy. Nasze rowery przeżyły już wiele – chciano je ważyć na wadze do bagażu, owijać kartonami, owijać taśmą. Jedni każą wypuszczać powietrze, inni nie, jedni upierają się przy odkręcaniu pedałów inni nie. Tak naprawdę to każdy pracownik europejskich lotnisk ma inne zasady, co do transportu roweru. Są i nadgorliwi – pozdrawiamy pana z lotniska w Marsylii, który postanowił nasze rowery – PRZEŚWIETLIĆ. Do końca miał poważną minę mimo, że ciężko było to wepchnąć w maszynę. W końcu poszło po skosie… Albo pytanie celnika – oj oburzyło nas – wskazując od niechcenia palcem na nasze pięknie spakowane sakwy Crosso zaczął „A co to właściwie jest?”. Ale i tak warto wybrać samolot – szybko, trzy razy taniej niż pociąg i przede wszystkim… szybciej. W przypadku naszej trasy do Paryża to stosunek pociąg – samolot to 28 godzin – 1,5 godziny.

Samolot Airbus 320 wytaszczył nasze rowery na 11600 m. A miał co dżwigać. Wagę całego naszego bagażu z cielskiem każdego rowerzysty włącznie obliczyliśmy na 490 kg. Tyle mieliśmy przewieżć przez całą ziemię Galów w ciągu 27 dni. Pokonując 1980 km. Ubywało tylko zupek chińskich z Radomia, a przybywało napojów, to sami czujecie naprężenie łańcucha.

Pikardia – Szampania
Na lotnisku w Beauvais lądujemy łagodnie, mając jeszcze żywo przed oczami przesuwające się za oknem samolotu chmury z podkładem poczciwej piosenki „Gitan” Garou. Pachnie wiatrem znad oceanu. Znamy ten wiatr, potrafi być ciężki jak głaz w sakwie i spowolnić grupę do 10 km/h. Ale my nie w jego stronę. My na północ – w stronę Amiens. Pakujemy rowery i przecinając miasto rozbijamy się na miejskim kampingu, bo już 21.00. Za namiot i cztery osoby płacimy następnego dnia tylko 12 Euro.

Dzień 1. Beauvais – Amiens.
96 km. Jest co oglądać. Już sama katedra w Beauvais poraziła nas swym pięknem. A na gotyku też się chcemy w tym roku skupić. To tu – we Francji – znajduje się jego życiodajne żródło, kolebka, jego dostojny początek. Tu ma kolor kamienia – od jasności do szarości, do Polski przywędruje dużo póżniej w kolorze czerwonej cegły. Malownicza narodowa „jedynka” prowadzi nas przez całą niedzielę do Amiens. Jest gorąco. Ludzie podają nam wodę do picia.  Rozgrzane słońcem pola zbóż, wiatr w plecy, smak polskich kanapek. Wakacje! Urlop! Amiens okazuje się piękne – nie za duże, czyste, zadbane, spokojne. Kiedy stanęliśmy przed fasadą olbrzymiej katedry chłonęliśmy każdą chwilę. Biel kamienia na tle błękitu. Można patrzeć i patrzeć. A wieczorem ten biały kamień stał się idealnym miejscem, na którym mógł spocząć kolor, barwa. Spektakle światło – dżwięk to chluba mieszkańców Amiens, tym się tam szczycą, i słusznie! Pokaz zaczyna się o 22.45 i kończy przed północą. Po 96 km trasy i tylu wrażeniach padamy w naszym namiocie jak muchy.

Dzień 2. Amiens – Noyon
92 km. Mierzymy nasze siły w stosunku do 45 kilogramowego bagażu. Mijamy pola i wioski. Szukamy w marketach butli z gazem. Niełatwa sprawa. Wszystkie na click, a tu Polacy potrzebują zaworu! W końcu Polak – hydraulik. Dużo czasu poświęcamy na zwiedzenie cmentarza żołnierzy australijskich niedaleko Corbie, z okresu I Wojny Światowej. W sumie samych Australiczyków poległo na ziemi francuskiej i flandryjskiej w czasie tej wojny 11.000 osób. Wieczorem docieramy do Noyon z równie piękną katedrą gotycką, choć niestety czekającą na kapitalny remont. Na murze jeszcze rany z II Wojny Światowej. A to na niej wzorowano katedry w Reims, Chartres, Amiens i Dijon. W tym mieście razem z całą Francją świętujemy wigilię zburzenia Bastylii. Jest 13 lipca. Niebo wypełniają setki porządnych sztucznych ogni. Świat się bawi. Z dystansem myślimy jednak o sukcesie rewolucji. Nasze rowery wzbudzają miłe zainteresowanie. Uogólniając – prawie na każdym postoju ktoś machnął, zapytał czego potrzeba, dokąd jedziemy. 2 razy pomylono nas z Tour de France, który w tych dniach też przecinał Francję. Najczęściej brano nas za Anglików lub Holendrów, Francuzi nigdy nie zakładali, że jesteśmy Francuzami – „naszej młodzieży, by się nie chciało” – mówili. Rzeczywiście rowerów mało.

Dzień 3. Noyon – Laon
63 km. Wywlekamy się z upalnego Noyon po Mszy św. w katedrze. Proboszcz – o. Bruno Daniel opowiada nam historię miejsca. Żegna się w tym roku z Noyon, został przeniesiony do Chantilly. Zwraca nam uwagę, że ich biskup ma na imię Jan Paweł, a więc kiedy odprawiali Msze św. za pontyfikatu Karola Wojtyły to słowa kanonu brzmiały egzotycznie: „razem z naszym Papieżem Janem Pawłem, naszym biskupem Janem Pawłem oraz z całym duchowieństwem”. Mówimy mu o celu naszej wyprawy – Ars – odwiedziny u patrona kapłanów i La Salette. Obiecujemy, że tam o nim wspomnimy. Kilka łyków zimnej coli i w drogę do Laon. Popołudniem po raz pierwszy widzimy to dostojne miasto położone na wzgórzu wśród równin departamentu Aisne. Rozbijamy się na bardzo przyjemnym kampingu miejskim między Europejczykami różnych krajów. Czytają grube książki, rozmawiają, gaszą światła w przyczepach kampingowych.

Dzień 4. Laon – Reims
77 km. Stare Laon leży na wysokim wzgórzu, nad którym dominuje kolejna na naszym szlaku gotycka katedra. Ze wzgórza rozpościera się niezwykły jak na tę część Francji widok na całą równinę pogranicza Pikardii i Szampanii. Wkrótce, w okolicach Reims, przekraczamy granicę Szampanii. Samo miasto nie robi na nas większego wrażenia, może dlatego, że pełno w nim remontów i przekopów. Jak się potem dowiedzieliśmy Reims buduje siatkę linii tramwajowych w całym centrum, których nigdy wcześniej nie było. Ale katedra w Reims pozwala zapomnieć o niedogodnościach objazdów i remontów. Jej mury pamiętają wiele – przede wszystkim koronacje 34 władców Francji. Zbudowano ją w miejscu, w którym św. Remigiusz ochrzcił w 496 roku Chlodwiga. Zaznaczono ten punkt na posadzce. W środku półmrok, mimo, że słońce jeszcze wysoko. Skromna Msza z 30-tką wiernych pod witrażami Marca Chagalla. Spacer po posadzce, która pamięta stopy Joannny D’Arc i Karola VII to przeżycie, które pozostaje jak wyryte w skale. W czasie wychodzenia zauważam niezwykły uśmiech anioła Gabriela oznajmiającego Maryi wielki plan. Gabriel od razu staje się patronem naszej wyprawy – bez ręki, bez jednego skrzydła, a banan od ucha do – o dziwo – drugiego ucha. Nocleg znajdujemy u bardzo miłego rodzeństwa Josette i Andre Labbé.

Dzień 5, 6, 7.
Reims – Châlons-en-Champagne – Troyes – Pontigny – 220,5 km

Po wyśmienitym śniadaniu w czasie, którego koncentrujemy się na genialnych brzoskwiniowych konfiturach z cynamonem ruszamy zwiedzić romańską Bazylikę z grobem św. Remigiusza, a potem piwnice szampana „Pommery”, gdzie produkuje się najlepsze francuskie szampany. Nie ma zresztą innych szampanów, to nazwa zarezerwowana dla Szampanii. Kiedy Francuzi słyszą o szampanach Kalifornii dostają białej gorączki. Pommery produkuje rocznie – 6 mln butelek. Leżakują grzecznie latami w piwnicach wydrążonych jeszcze przez Rzymian w stałej rocznej temperaturze 10 stopni. Jest ich razem około 20 milionów. Potem ruszamy w upale w stronę Châlon-en-Champagne. W upale jedzie się ciężko, do tego jeszcze wiatr i chmury czarnych muszek ze zbożowych pól. Krajobraz raczej monotonny – ciągnące się w nieskończoność pola, mało lasów i cienia. Ubogie wioski. Nocujemy na kampingu w Châlon a na dłużej zatrzymujemy się następnego dnia w Troyes. Miasto bardzo urokliwe. Domy szachulcowe robią duże wrażenie. Ludzie pytają o nasze pochodzenie, chwalą zapał, oglądają sakwy (!!!:)) Zwiedzamy katedrę, w której w 1429 roku, w drodze na koronację w Reims zatrzymał się Karol VII i Joanna D’Arc. Na noclegu w Troyes spotykamy Marka i Asię z czasopisma „rowertour”. Wracają z Bretanii, częstują nas świeżym napojem ze sfermentowanych jabłek – tzw. CIDRE, to specjał Bretanii i Normandii. Nie potrafimy przestać się dzielić naszymi przygodami i słuchać ich ciekawego opowiadania. Następnego dnia droga prowadzi nas w stronę małej wioski Pontigny niedaleko Auxerre. Tam nocujemy. Chcemy koniecznie zobaczyć piękne opactwo pocysterskie i udaje się. Styl bazylikowy, zachwyca surowość stylu – na to postawili cystersi odłączając się od Benedyktynów w Cluny w XI w. Unosi się duch historii, która wciąż trwa, bo trafiamy na chrzest małego Francuza, dalekiego spadkobiercę Chlodwiga I.

Dzień 8,9 i 10 . Pontigny – Avallon – Vézelay – Nevers
206 km. Na pożegnanie Pontigny funduje nam niespodziankę. Częstują nas na cotygodniowym targu mięsem z prawdziwego kangura. Dobre i na tyle kaloryczne, że szybko docieramy do Auxerre ze stwierdzeniem, że jednak szczeciński paprykarz lepszy. W Auxerre zwiedzamy katedrę św. Szczepana z unikatowym w skali światowej freskiem Chrystusa na Koniu z Apokalipsy św. Jana. Zwiedzamy też opactwo św. Germana i po lekko nadpalonej pizzy ruszamy w stronę Burgundii, a dokładnie Avallon. Krajobraz staje się o wiele ciekawszy, wioski jakby bardziej bogate i malowniczo położone, wiele zamków, pastwisk i lasów. Na kampingu „Pod skałą” gotujemy poczciwe chińskie zupki z Radomia, na które mieliśmy już ochotę od ok. 30 km. Dla głodnego rowerzysty nie ma nic piękniejszego, jak pęczniejący majestatycznie w oparach czosnku kręcony makaron. Rano zwiedzamy miasto, delektujemy się plackiem z rodzynkami i czekoladą. Potem ruszamy do wioski, z której w średniowieczu wyruszały krucjaty do Ziemi Świętej, a do dziś spoczywają tam także relikwie św. Marii Magdaleny – Vézelay. Wleczemy się przez wysokie wzgórza. Bardzo gorąco. W termosie chronimy kostki lodu, które póżniej dodajemy do napojów. Działa. Da się jechać na tym paliwie. Z Vézelay wyruszają także piesi pielgrzymi do Santiago de Compostella. Spotykamy paru. Wieczorem docieramy do Nevers gdzie modlimy się przy grobie tej, która widziała Maryję w czasie objawień w Lourdes, a póżniej wstąpiła do klasztoru – św. Bernadeta Soubirou.

Dzień 11,12,13. Nevers – Paray-le-Monial – Beaune
244 km. Mamy chody u coraz większej ilości świętych. W sanktuarium Paray-le-Monial dołącza do nich ta, która przekazała światu prawdę o miłującym Sercu Jezusa – Małgorzata Alacoque – skromna i cicha siostra Wizytka. Czujemy, że są z nami. Dobrze, że święci nie ważą, to byłaby masakra dla naszych Giantów i jednej Meridy. W drodze do Beaune wzdłuż Kanału Centralnego Bartek wymyśla ekipie pytania z historii Francji tzw. pytania „za cheesa”. Kto odpowiada prawidłowo dostaje w MC Donaldzie na dodatkową porcję. Oto skutki takich konkursów – zdolna młodzież: Marek liczy kolejne trąbiące nam samochody. Kiedy niedaleko Torcy mamy setnego miłego kierowcę, chcemy go zatrzymać i dać prezent, ale wiśniowa laguna sunęła za szybko. Po południu docieramy do Beaune, gdzie po raz pierwszy w życiu jemy ślimaki. Smakują nieżle.

Dzień 14,15,16     Beaune – Dijon – Villefranche – Ars – Pérouges
283km. Z tej części wyprawy, z Burgundii, zapamiętamy na długo tzw. Côte D’Or – złote wybrzeże. To nazwa 60 kilometrowego pasma winnic rozciągających się po obu stronach drogi między Beaune i Dijon. Według wszelkich przewodników pochodzą stąd jedne z najlepszych win francuskich. Winnice oddzielone są często starymi, kamiennymi murami wśród, których latorośle chłonąc letnie słońce nabierają soków i smaku, by wczesną jesienią oddać je człowiekowi. Zapamiętamy też niezwykły Hotel Dieu – średniowieczny szpital w Beaune, z charakterystycznym dla tej części Burgundii kolorowym dachem.  Zapamiętamy też na pewno Ars! Z niesamowitą historią życia patrona proboszczów – Jana Viannneya. On – obok uśmiechniętego Gabriela był jednym z głównych patronów tej wyprawy. Na jego pogrzebie 150 lat temu zebrało się 100 000 ludzi. Czasami po 17 godzin dziennie spowiadał, a do okolic Ars postanowiono zbudować linię kolejową ze względu na tłumy chętnych do konfesjonału. W Ars spotkaliśmy sporo ludzi, ale takiej ciszy dawno nie wokół nas nie było. Dzień kończymy zwiedzaniem średniowiecznego miasteczka Pérouges około 20 km na północny – wschód od Lyonu. Bardzo polecamy.

Dzień 17, 18 – Pérouges – Aix-les-Bains – Vizzille – miejsce katastrofy polskiego autobusu.
206km. Kilkanaście kilometrów za Pérouges zaczynamy się wbijać we francuskie Alpy tak zwaną – Cluse des Hôpitaux – niezwykłą przełęczą, która pozwala nam podziwiać góry, a cały czas daje komfort jazdy po płaskim terenie wzdłuż rzeki. Sprawdza się stara zasada – jak się zaczynają góry to jedż wzdłuż rzeki lub linii kolejowej. Rzeczywiście jesteśmy zachwyceni. Wzniesienia są bardzo łagodne przez około 50 km (sic!) w głąb Alp. Właściwe dzięki dobremu wyborowi trasy przez Culoz – oszukujemy góry i spokojnie docieramy do przepięknego jeziora Bourget, by na jego południowym brzegu rozbić się na kampingu w Aix-le-Bains. Nie chce się nam wierzyć, że tak długo można jechać po terenie bardziej płaskim niż Szampania, a wysokie na 2000 m szczyty mieć na wyciągnięcie ręki. Rzeczywiście to godna polecenia trasa dla tych, którzy chcą się udać w stronę Grenoble – najlepiej przez wspomniane jezioro i Chambery i wjechać od strony miejscowości Amberieu w departamencie Ain.
18-ty dzień wyprawy zapamiętamy jakoś szczególnie. Był od samego ranka bardzo upalny. Do Chambery chronią nas korony drzew, ale póżniej jest już gorzej. Do Grenoble docieramy wczesnym popołudniem i mijamy je od strony południowej. Chcemy nocować w La Mure i po drodze zatrzymać się w miejscu, w którym 22 lipca 2007 roku w tragicznym wypadku autokaru zginęło 26 polskich pielgrzymów. Płaski teren prowadzi nas do znanego nam na razie tylko z mediów zakrętu i wysokiej skarpy z rzeką Romanche w dole. Historia odnotowuje jeszcze dwie inne katastrofy autokarów w tym miejscu – belgijskiego (43 ofiary) i francuskiego (29 ofiar). Widzimy, że nad zakrętem trwają prace wzmacniające drogę, ustawiane są betonowe zapory. Nie sposób nie myśleć o tych, którzy przez to musieli przejść. Modlimy się przy pięknym pomniku ofiar. Po kilku dniach okaże się z naszych rozmów, że wszyscy byliśmy pod wrażeniem słów Plutarcha z Cheronei zapisanymi na pomniku – „Życie jest chwilą wieczności”.  Ale dopiero, kiedy ruszamy od pomnika w stronę La Mure, widzimy z jak ogromnej góry pędził ten autokar. 12 procentowe nachylenie na odcinku 7 km. Robimy ten fragment 2 godziny. Bartek, ze względu na ostry ból skroni musi prowadzić rower. Całodzienny upał zrobił swoje. Kiedy wspinaliśmy się pod tę górę 6-7 km/h cały czas myśleliśmy o naszych rodakach, którzy pędzili tędy już ponad 70 – 90 km. Nie było żadnych szans, żeby ściąć ten zakręt. O 22.20 docieramy do kampingu w Laffray na wysokości około 910 m. n.p.m. Czyli wznieśliśmy się o 700 m. Przy okazji dociera do nas, że 12 procentowy podjazd oznacza wznoszenie o 12 metrów na odcinku 100 metrów drogi. Alpy nie dały się dalej oszukiwać. Już od Grenoble jesteśmy na słynnej Drodze Napoleona wiodącej przez Gap aż do Cannes na południu. Napoleon wracał tędy z Elby w 1815 r., by jeszcze na 100 dni objąć rządy. Na koniec dnia – makaron z sosem bolognese przygotowany resztką sił. Nie dotarliśmy do La Mure, ale Laffray. Nocujemy niedaleko pięknego pomnika Napoleona na koniu.

Dzień 19,20,21, 22 i 23. Laffray – Meyrargues
258 km. Tego dnia mieliśmy bardzo dobry wiatr, dokładnie w plecy, silny. Spokojnie można było jechać 30 km/h.  Do La Mure było bardzo spokojnie, ale tuż za miastem już wiedzieliśmy zjeżdżając z potężnej góry, że każdy metr zjazdu trzeba będzie znów oddać Alpom , dlatego nie za bardzo nas to cieszyło. Spokojnym tempem dojechaliśmy do Corps. Trwały sianokosy. W urzędzie gminy w Corps, w tzw. „Marie” zostawiliśmy część naszych sakw i przez 15 km wyjeżdżaliśmy w ciągu 2 godzin na wysokość ponad 1700 m. n.p.m do Sanktuarium Matki Boskiej w La Salette. Planujemy tam odpocząć dwa dni. Mamy bardzo dobry czas, co pozwala na odpoczynek duchowy i fizyczny. Bardzo ciekawe miejsce, choć mało znane wśród samych Francuzów. Dzień przerwy wykorzystujemy na wspinaczkę na Mont Gargas (2207 m.n.p.m.) Nocujemy w 20 osobowych pokojach (to najtańsza wersja, 5 Euro od osoby + śniadanie). Nie było nikogo prócz nas w naszym pokoju. Spotykamy 2 autokary polskich pielgrzymów, są też Włosi i Chorwaci oraz wielu wolontariuszy z Europy Wschodniej, którzy pomagają w obsłudze pielgrzymów. Po 2 dniach odpoczynku wracamy do Corps w 20 minut. Co za różnica. Zdecydowanie wolimy zjeżdżać. Na krótkim postoju sprawdzam temperaturę obręczy kół. Parzę sobie dwa palce. Znów powraca temat polskiego autokaru i hamulców, które nie wytrzymały. Po chwili jesteśmy w Corps, zabieramy bagaże i ruszamy w stronę Gap , w stronę Prowansji. Wtedy też para rekordowa prędkość naszych rowerów – 71,9 km/h. Na szczytach jeszcze śnieg, a im niżej zjeżdżamy tym cieplej.Musimy pokonać jeszcze niespodziewaną dla nas przełęcz Col Bayard (1246 m). Na nasze nieszczęście, tuż przed nią zrobiliśmy duże zakupy w markecie i musimy to wywozić. Ramy się uginają. Jest coraz cieplej.
Krajobraz się zmienia. Coraz mniej zieleni, a więcej brązów, żółci i palonej cegły. W okolicach Sisteron na krawędzi Prowansji dominują już pomarańczowe dachówki i bardzo obszerne hodowle jabłek i grusz nawadnianych z rzeki. Po noclegu w Sisteron, po kąpieli w basenie na kampingu ruszamy w stronę małej wioski Meyrargues nad rzeką Durance, gdzie czekają już na nas z noclegiem dwie starusieńkie siostry zakonne ze zgromadzenia Sióstr Wiejskich. Przybywamy do nich wieczorem. W siostrach pełnia życia. Podwożą nas Citroenem C3 na nocleg do pobliskiej wioski Le Puy St. Reparade. W czasie jazdy samochodem prowadzonym przez 83 letnią siostrę Marie wspominamy znaną Wam pewnie siostrę zakonną z Louisa de Funes pędzącą 140 km/h na zakręcie w wielkim welonie. Nasza jedzie trochę innym stylem – dwójkę wrzuca przy 60 km/h.

Dzień 24, 25 i 26.
204km. Marsylia coraz bliżej. Po drodze zwiedzamy malownicze Aix-en-Provence z piękną katedrą św. Szczepana i gęstą zabudową wypełnioną rzeką turystów. Oczywiście wszędzie pachnie suszoną już lawendą. Szkoda, że kwitnie w maju i czerwcu. Upał ogromny, ale kilkutygodniowy trening okazuje się skuteczny. Marsylię poznajemy od nieciekawej strony północnej. Z ciszy wiosek wjeżdżamy w jakiś potworny młyn ludzi i samochodów. W totalny bałagan na drodze. Dopiero nad samym morzem czujemy się lepiej. Próbujemy się oswoić z tą mieszaniną kultur, ras, języków, setek jachtów i aut. To właśnie tu Grecy założyli jeszcze przed Rzymianami swój port, to właśnie tu tysiące lat póżniej zatrzymała się główna fala imigrantów z afrykańskich kolonii francuskich. Następnego dnia zwiedzamy miasto z przepiękną bazyliką Notre Dame de la Garde na wysokim wzgórzu.  Odpoczywamy na plaży, robimy zakupy, chłoniemy piękno każdej chwili. Jutro już w stronę domu. Wszystko udaje się pomyślnie. Przelot Ryanairem z Marsylii do Beauvais za dosłownie śmieszną sumę 250 zł od osoby, a tam przesiadka do poczciwego Airbusa 320 linii Wizzair, realcji Beauvais – Pyrzowice. W międzyczasie udaje nam się jeszcze odskoczyć do Paryża i zwiedzić go nocą. Oficjalnie kończymy wyprawę w Katedrze Notre Dame w Paryżu.

Podsumowanie:
– Dystans – 1980 km.;
– Suma naszej wagi (bagaże, rowery i my) – ok. 500 kg.
– Przebite opony – 2 (w zeszłym roku 21!)
– Samochody, które kibicowały nam klaksonem – 189
– osoby, które przez chwilę pomyliły nas z Tour de France – 2
– zjedzone zupki chińskie z Radomia – 56.
– zjedzone konserwy – 25
– zrzucone kilogramy (w sumie) –15.