A jednak Karpaty

Plan mojej wyprawy był bardzo prosty, samotnie dojechać rowerem do Morza Czarnego przez Słowację, Węgry i Rumunię, z czego dwa pierwsze traktując tylko jako tranzyt, a skupiając się tylko na zwiedzaniu ostatniego kraju. Piękno Karpat zweryfikowało jednak wszystko, ale o tym w dalszej części.

Chcąc wykorzystać mniejszy ruch na drogach wyprawę rozpoczynam w przeddzień święta Najświętszej Marii Panny. Pogoda od samego startu nie dopisuje, jest pochmurnie, mgliście i ogólnie ponuro, a w pobliżu jeziora Veľká Domaša dopada mnie burza i ulewa będąca jednocześnie pierwszym testem szczelności sakw. Deszczowa pogoda towarzyszy mi już do końca pierwszego dnia, a w połączeniu z niechęcią Słowaków do użyczenia skrawka ogrodu na rozbicie namiotu sprawia, że noc spędzam w jakimś malutkim miasteczku rozbity na zapleczu boiska piłkarskiego.

Kolejne dni przynoszą poprawę pogody, a od wjazdu do Rumunii trzeciego dnia zaczyna się prawdziwe lato z temperaturami oscylującymi w okolicach 30°C. Pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne, nie ma tych wszystkich złych, rzeczy które zdaje się na stałe przylgnęły do tego kraju. Początkowe kilometry to ciągła równina i ciągnące się aż po horyzont pola kukurydzy, słonecznika i łąki, a na nich pasące się konie, których jest w tym kraju naprawdę sporo. Następny dzień zapowiada zmianę, pojawiają się pierwsze wzniesienia a teren robi się pagórkowaty. Powoli mijam kolejne miejscowości kierując się do czwartego pod względem liczby mieszkańców i największego w Siedmiogrodzie miasta Cluj-Napoca (Kluż-Napoka). Miasto to położone nad Małym Samoszem może poszczycić się licznymi zabytkami, z których najważniejsze to kościół św. Michała i stojący przed nim pomnik Macieja Korwina. Po zjedzeniu tradycyjnej ciorbă (zupa) i regionalnej varză a la cluj (zapiekana potrawa z kapusty i mięsa mielonego) udaję się na zwiedzanie głównych zabytków miasta. Na Piața Unirii spotykam rowerzystę który po krótkiej rozmowie namawia mnie, że koniecznie muszę zobaczyć pobliski Cheile Turzii (Wąwóz Turda), a nawet proponuje że pokaże mi dobry skrót i cześć drogi przejedzie ze mną. Nie zastanawiając się długo, chwilę później jedziemy już razem, rozmawiając na różne tematy, to o wycieczkach rowerowych, to o rynku rowerowym w Rumunii i modzie na rowery w Polsce. Po kilku kilometrach wymieniamy się kontaktami i rozstajemy, a ja już samotnie w promieniach zachodzącego słońca, pięknie oświetlającymi wąwóz docieram na miejsce. Jest już niestety za późno na zwiedzanie, które zostawiam na rano, wiec tylko rozkładam się na polu namiotowym, jem kolację, szybka toaleta i idę spać.

Po wyjątkowo chłodnej nocy, ale to pewnie z winy miejsca w jakim się znajduje, wcześnie rano idę zwiedzać wąwóz. Powoli wschodzące słońce oświetla leniwie skały, robiąc przy tym niesamowite wrażenie. Żegnam się z tym pięknym miejscem i ruszam w drogę, bardzo offroadową, jak się później okaże. Droga w kierunku Rimetea początkowo jest zwykła drogą szutrową łagodnie zmieniając się w polna, by w końcu zacząć gwałtownie opadać kamienistym wąwozem wypłukanym przez spływającą tędy w trakcie deszczu wodę. W końcu docieram do drogi asfaltowej i dalej już jazda idzie zdecydowanie szybciej. Koło południa docieram do Rimetea – miejscowości zamieszkiwanej w większości przez węgierskojęzycznych Seklerów. Niemal odcięta od świata zewnętrznego Rimetea położona jest u podnóża niezwykle malowniczej Góry Seklerskiej (rum. Piatra Secuiului; 1129 m n.p.m.) nazywanej świętą górą Seklerów. Władze prowadzą obecnie starania o wpisanie miejscowości na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Od 1999 r. wieś znajduje się pod opieką federacji Europa Nostra. Kolejne miejscowości które mijam jeszcze tego dnia to: Aiud i Alba Iulia, gdzie warto zwiedzić cytadele i znajdującą się na jej terenie średniowieczną Katedrę św. Michała, uznawaną za najstarszą katedrę w Rumunii.

Dwa następne dni mijają na zwiedzaniu kolejnych miast, miasteczek i wsi Siedmiogrodzkich. Siedem takich wiosek z kościołami obronnymi jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W ciągu tych dwóch dni zwiedzam Mediaș, w którym zachowało się wiele starych uliczek, kościół z XIV wieku oraz fragmenty innych średniowiecznych budynków, Biertan z najbardziej znanym i okazałym kościołem warownym oraz Sighișoare znaną z powodu znakomicie zachowanego Starego Miasta wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Punktem charakterystycznym miasta jest stara Wieża Zegarowa wysoka na 64 m, wzniesiona w 1556 roku. W południe drugiego dnia docieram do miasteczka Cârţa, u podnóża gór Fogaraskich i tu robię pół dnia odpoczynku przed zdobywaniem najwyższego punktu podróży, przełęczy leżącej na wysokości 2034m. n.p.m.

Droga DN7C która prowadzi na przełęcz przecina z północy na południe Góry Fogaraskie między ich dwoma najwyższymi szczytami – Moldoveanu i Negoiu, a znana jest bardziej jako Trasa Transfogaraska. Droga ta została okrzyknięta przez Jeremy Clarksona z programu Top Gear „najlepszą drogą na świecie”. To od niej w sumie wszystko się zaczęło, a dokładnie od jej zdjęcia które skierowało moją uwagę na Rumunie.

O godzinie 7 zaczyna się mój czterdziestu kilometrowy podjazd na przełęcz. Droga łagodnie pnie się w górę miedzy polami i łąkami, a za ostatnią wioska na trasie wjeżdżam do lasu, pokonując kolejne kilometry, każdy zakręt kończy się kolejnym zakrętem, a całość zdaje się nie mieć końca. Powoli jednak znika las i można podziwiać piękne widoki, a naprawdę jest co podziwiać. Jestem pod ogromnym wrażeniem, co chwila zatrzymuję się by robić zdjęcia, a ostatnie kilometry pomimo bardziej stromego podjazdu uciekają sam nawet nie wiem kiedy. Po około pięciu i pół godzinie docieram na przełęcz, by móc delektować się widokiem i to chyba tutaj i w tym momencie podejmuje decyzję, że nie pojadę nad morze tylko skupie swoją uwagę na Karpatach. Do końca wyprawy przejadę przez nie jeszcze trzykrotnie nie licząc mojego ulubionego Beskidu Niskiego. Po chwili odpoczynku i nacieszeniu oka widokami nie pozostaje nic innego, jak tylko przejechać przez najdłuższy w Rumunii tunel (884m) i rozpocząć najlepszą część trasy, czyli równie długi co podjazd, zjazd. Gdy docieram do zapory na rzece Ardżesz nad jeziorem Vidraru i górami przechodzi gwałtowna burza która spokojnie przeczekuję by po chwili kontynuować jazdę, mijając wyłaniający się z mgły zamek Poienari należący do Włada Palownika (pierwowzoru Drakuli) i szukając przy okazji odpowiedniego miejsca na nocleg.

Kolejne dni to już Wołoszczyzna i zwiedzanie Cerkwi Zaśnięcia Matki Bożej w Curtea de Argeș a następnie przełęczą Giurala (pasul Giurala 1290m. n.p.m) w kierunku Brașov a przez Bran i Râşnov. W cerkwi znajdują się groby królów rumuńskich Karola I i Ferdynanda I. Z cerkwią związana jest ciekawa legenda. Według niej twórcą cerkwi był mistrz Manolo (rum. Mesterul Manole). Gdy rozpoczął on pracę nad budową świątyni, wszystko, co zdołał zbudować w ciągu dnia, ulegało zniszczeniu w nocy. Pewnej nocy mistrz miał sen, w którym dowiedział się, że ukończy prace tylko wtedy, jeśli poświęci własną żonę, zamurowując ją w ścianie budowanej cerkwi. Twórca nie zawahał się tego uczynić następnego dnia. Kiedy cerkiew była już gotowa, jej fundator uwięził Manolo w wieży świątyni, nie chcąc, by ten stworzył jeszcze inne obiekty porównywalnej urody. Mistrz usiłował uciec na skonstruowanych przez siebie skrzydłach, spadł jednak na ziemię i zginął. W Brașovie warto natomiast zwiedzić rozległe Stare Miasto, reprezentujące różne style architektoniczne, z ratuszem, którego początki sięgają 1410 i późnośredniowieczny Czarny Kościół (Biserica Neagră), wybudowany 1382-1477.

Następny etap podróży zaczynam na dworcu kolejowym w Brașovie, skąd zamierzam pociągiem przedostać się do miejscowości Gheorgheni zaoszczędzając przy tym trochę drogi. Do Gheorgheni docieram już o zmroku i od razu jadę na camping, gdzie spędzam również kolejny deszczowy dzień odpoczywając przed kolejną karpacką przełęczą (Pasul Pângărați 1256m.n.p.m). Za przełęczą, po kilku kilometrach zjazdu rozpoczyna się niezwykle malowniczy Cheile Bicazului (Wąwóz Bicaz). Kanion ma około 6 km długości, a wysokość ścian przekracza 300 metrów. Jest to drugi pod względem głębokości kanion w Europie. Kolejne dni upływają mi na zwiedzaniu Bukowiny i jej malowanych monastyrów, a w murach jednego, dzięki gościnności mnichów udaje mi się spędzić noc, poznając po trosze obrządek prawosławny. Powoli kieruje się też w stronę ostatniej przełęczy (Pasul Prislop 1416 m. n.p.m). Niestety przełęcz spowija gęsta mgłą, wiec i widoki marne. Wieczorem docieram do Borșy u podnóża Gór Rodniańskich, gdzie nocuję, a nazajutrz jadę dalej doliną rzeki Iza zwiedzając drewniane cerkwie, w większości wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Drewniane cerkwie, a są w prawie każdej wiosce, to wizytówka regionu Maramuresz. Ale Maramuresz to nie tylko cerkwie, to również misternie zdobione bramy, tradycyjne ubiory ludowe z charakterystycznymi nakryciami głowy noszonymi przez mężczyzn. W Sighetu Marmației (Syhot Marmaroski) zwiedzam Muzeum – więzienie, ponurą pamiątkę z czasów reżimu. Kiedyś mieściło się tu więzienie polityczne, które działało do 1944r. W więzieniu zginęło 51 z około 200 osadzonych. Mimo ze wszystko jest w języku rumuńskim, jest to punkt warty uwagi na trasie po tym pięknym kraju. Jedna z cel (wystaw) jest w całości poświęcona Solidarności. Wieczorem ostatni punkt tego dnia – Wesoły Cmentarz w miejscowości Săpânța. Jest to jedyny w swoim rodzaju cmentarz, zmarli zostali tu uwiecznieni w scenach obrazujących zawód wykonywany za życia, hobby, ulubiony sposób spędzania wolnego czasu lub przyczynę śmierci. Nagrobki ozdobione są ludowymi motywami w przyjemnym ciemnobłękitnym kolorze.

Ostatni dzień mojego pobytu w tym malowniczym kraju zaczyna się bardzo pechowo, po ok 20 km jazdy dostrzegam że tylne koło jest poważnie uszkodzone (jedna szprycha całkowicie jest wyrwana z obręczy, a kolejne osiem naderwanych), a jakakolwiek naprawa nie jest możliwa. Mimo to ostrożnie jadę dalej. Po 70 km docieram do miejscowości w której jest sklep rowerowy, lecz nie mają obręczy z odpowiednia liczbą otworów na szprychy i zmuszony jestem kupić całe koło. Na nowym kole już nie pozostaje mi nic innego jak tylko kierować się w stronę granicy i campingu w węgierskim Vásárosnamény, campingu na którym nocowałem również jadąc w stronę Rumunii, tętniącego wtedy życiem, a teraz całkiem pustego. Następny dzień już całkowicie przeznaczam na jazdę w kierunku domu, pobijając tym samym swój życiowy rekord. Do domu docieram kilka minut po północy, a licznik wskazuje 284 kilometry.

Wyprawę, mimo tego wyłamanego koła, będę wspominał bardzo dobrze, poznałem wspaniałych i życzliwych ludzi, posmakowałem regionalnych potraw, zwiedziłem masę ciekawych miejsc i zobaczyłem naprawdę piękny kraj, pełen historii, dobrych ludzi i zapierających dech w piesiach widoków, a każdy kolejny kilometr z przejechanych ok.2300 był ciekawszy od poprzedniego. Nie było natomiast tych watah dzikich psów, nie było szalonych kierowców, nie było tabunów cyganów i o nikt nie chciał mnie okraść ani oszukać. Planującym wiec wyjazd do Rumunii polecam by na wstępie nie kierowali się tak mylnymi stereotypami.

Autor relacji: Daniel Sienkowski

Więcej na: https://www.facebook.com/daniel.sienkowski.5/photos_albums

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalaj na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą jakość przeglądania. Jeśli będziesz nadal korzystać z tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz „Akceptuję” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij