Migrując na południe

Amerykańskie wybrzeże Pacyfiku, zachód USA. Niemal 3000 km wybrzeża, czasami zurbanizowanego, a miejscami bardzo odludnego, dziewiczego. Mozaika ludzi i problemów społecznych, a także ogromnego bogactwa i przejawów snobizmu oraz niegospodarności. Mając to wszystko na uwadze nie ma wątpliwości, że to nadal dziki zachód, gdzie nie ma jasnych reguł i wspólnej wizji świata. Tym bardziej zauważaliśmy jak amerykanie w tej części świata są podzieleni, różni, im dalej wędrowaliśmy na południe.

Zaczęło się spokojnie i przyjaźnie. Stan Waszyngton obdarzył nas wieloma pomocnymi i pogodnymi osobami. Klimat i otoczenie też były dla nas bardzo przyjazne. Dużo lasów, gór, strumyków. Jak w Polskich Beskidach! Chłodne noce, ale ze świeżym powietrzem i pod rozgwieżdżonym niebem. Wyjazdy z dużych miast, jak np. Seattle, mogą być dla cykloturysty nie lada wyzwaniem, gdyż przedmieścia ciągną się kilometrami, a ruch nie ustaje. Na szczęście wraz z oddaleniem się od miast i dotarciem na prowincję, wszystko spowalnia i jazda staje się przyjemnością. Mimo tych wszystkich pozytywów, już w pierwszych dniach ktoś zwraca nam uwagę, żeby w niektórych miejscach uważać na towarzystwo, a rowerów pilnować. W Kanadzie przejechaliśmy ponad 5000 km bez uwag, a tutaj już podczas wyjazdu ze Seattle pojawiają się ostrzeżenia. W głowach zapaliło nam się światełko ostrzegawcze. Wraz z podążaniem na południe wizja wspaniałej Ameryki, kreślona nam w głowach przez europejskie media, coraz bardziej się rozmywała, nawet nie próbując się bronić.

Przekraczając szeroką na 5km rzekę Columbia (niemal przy ujściu do Pacyfiku), wjechaliśmy do Oregonu. Zachwyciły nas długie odcinki dzikiego oceanicznego wybrzeża, pełne wystających z wody skał, z porośniętymi gęstymi lasami klifami i niespokojnie rozbijającymi się o nie falami. Z naszpikowanych interwałami dróg prowadzących wzdłuż oceanu obserwowaliśmy życie morskie w pogoni za ciepłem. To właśnie w Oregonie z drogi mogliśmy wypatrzyć płynące na południe wieloryby, których celem są odległe zatoki wybrzeża meksykańskiego. Nie schodząc z roweru można było obserwować to, co dotychczas mieliśmy jedynie na Discovery Channel lub Animal Planet. Niestety wraz z dziczą przyrodniczą pogłębiła się dzicz ludzka. Podczas jednego z noclegów na dziko, nieopodal plaży, ktoś podczas nocy pozbawił nas worka z jedzeniem i sprzętem kuchennym, który nadal lądował na noc na drzewie ze względu na licznie występujące zwierzęta. Kto by pomyślał, że w tak bogatym i statystycznie mocno otyłym społeczeństwie ktoś ukradnie nam jedzenie? Cóż, należało jechać dalej, powoli kompletując kuchnię.

Dla nas decyzja o jeździe właśnie wzdłuż Pacyfiku była czymś odmiennym. W końcu w Polsce, w Europie, wiele słyszy się o Górach Skalistych, Colorado, amerykańskich pustyniach. Nie wychodząc z domu mamy w głowie mnóstwo obrazów z nimi związanych. O zachodnim wybrzeżu wiedzieliśmy jednak niewiele. Dla Amerykanów jest to jednak bardzo popularna trasa rowerowa. Podróżowaliśmy poza sezonem, ale i tak spotykaliśmy wielu rowerzystów. Z pewną czwórką na tyle się zaprzyjaźniliśmy jeszcze w Oregonie, że wspólnie dotarliśmy do San Francisco, gdzie jeden z nich mieszkał i wszystkich zaprosił do siebie. Dla miłośników spotkań z innymi rowerzystami ta trasa to czysta przyjemność. O ile mieszkający w tych regionach amerykanie nie są zbytnio zainteresowani Twoją osobą, to podróżujący na rowerach są szalenie mili i często dla wspaniałego towarzystwa i opowieści o świecie chce się zrezygnować z wolniejszego tempa na rzecz wspólnej jazdy.

Skoro już dotarliśmy do Kalifornii, to dotarliśmy także do miejsca najbardziej kontrastowego, kontrowersyjnego i przesiąkniętego problemami na naszej drodze wzdłuż amerykańskiego Pacyfiku. Wałęsający się po ulicach nadmorskich miasteczek narkomani przestali dziwić. Smrodek palonej „trawki” poczuć można niemal wszędzie, czasami nawet podczas jazdy przez las. Zupełnie jakby ulatniał się przez uchylone okna mijających nas samochodów. Im bardziej na południe, tym bardziej sucho i tym więcej mówi się o suszy i problemach z wodą. Ludzie coraz mocniej przypominają, żeby uważać na siebie i rowery, a w Los Angeles odsetek osób, których lepiej unikać mocno wzrasta. Biali narzekają na czarnoskórych i meksykanów, meksykanie na białych, każdy na każdego. Jak to jednak często bywa z trudnymi charakterami, są one najbardziej fascynujące. Tak samo jest z Kalifornią. Społecznie skomplikowana, przyrodniczo piękna. Na północy gigantyczne żywotniki olbrzymie, bliskie siostry ogromnych sekwoi, wśród których jadąc rowerem czujemy się jak na planie filmu „Kingsajz”. Urwiste klify, coraz bardziej błękitna woda oraz wędrujące na południe Pelikany, które towarzyszyć będą nam aż do końca podróży. Pustynie, palmy, kaktusy, juki, tarantule. Kalifornia to nie raj rządzony przez „Terminatora”, jednak potrafi zachwycić i każdy znajdzie tutaj swoją własną fascynację. My ponadto znaleźliśmy w Kalifornii tymczasowy dom. Na miesiąc, w ramach odpoczynku od ciągłego pedałowania, zaszyliśmy się na farmie na pustyni Mojave, by pomóc w tych całkowicie nierolniczych warunkach przetrwać kozom, owcom, gęsiom, koniom i zarośniętej pustynnymi chwastami winnicy. Podczas wolontariatu, z tej perspektywy, inaczej odbiera się ten zupełnie inny od naszego świat. Takie spowolnienie tempa i pozostanie na kilka tygodni w jednym miejscu to element podróży, który każdemu gorąco polecamy.

Podróż wzdłuż amerykańskiego zachodniego wybrzeża nie należała do najłatwiejszych, ze względu na wzrastające temperatury oraz mocno pofałdowaną trasę. Ponieważ był to dla nas teren, o którym wiele nie wiedzieliśmy, jechaliśmy bez oczekiwań, przez co każdy dzień nas zaskakiwał. To wprawdzie tylko trzy stany i to za mało by poznać choć trochę Amerykę, ale to też wystarczająco, by chcieć wrócić i odkrywać kolejne. Zbyt duży kraj, by nie fascynował.

Przygodę z USA skończyliśmy wkraczając do Meksyku, tak niepolecanego przez przewrażliwionych na punkcie południowego sąsiada Amerykanów. Czy straszenie było uzasadnione i czy wszyscy Amerykanie boją się Meksyku? O tym przy okazji kolejnej relacji, gdy już do niej dotrzemy. Więcej historii i zdjęć z USA pojawia się właśnie na naszym blogu: http://naszymidrogami.com. Zapraszamy!

Ania i Marcin Sowińscy

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close