Lot z Warszawy do Alty trwał zaledwie 3 godziny. Wysiadając  mieliśmy tylko nadzieję, że rowery nie są uszkodzone, bo czeka je długa podróż do domu. Rowery są na szczęście całe, ale gotowi do drogi jesteśmy dopiero po godz. 23.00. Nie ma to jednak znaczenia, gdyż słońce pewnie utrzymuje się ponad horyzontem, jest w końcu dzień polarny.

Prawie Nordkapp, a wcale nie tak zimno

Pierwszą „noc” spędzamy u Juliana z Warmshowers.org.  Brytyjczyk mieszkający tu na stałe serwuje nam pyszną kolację z jajek sadzonych, fasolki i  kiełbasek. Po gorącym prysznicu kładziemy się spać w udostępnionym przez niego kamperze. Mimo, że jest nieco ponad zero stopni jesteśmy w dobrych humorach. Po pierwsze: spodziewaliśmy  się dużo trudniejszych warunków atmosferycznych, po drugie: przecież właśnie zaczyna się największa przygoda tegorocznych wakacji.

Za Altą odwiedzamy muzeum rysunków naskalnych w Hjemmeluft. Przedstawiona jest na nich historia Finnmarku i Samów (Lapończyków) zamieszkujących tutejsze ziemie. To zbiór najstarszych w Europie Północnej rysunków naskalnych wykonanych przez myśliwych, przedstawiających zwierzęta i ludzi oraz symbole związane z wierzeniami i rytuałami. Dla lepszej widoczności ryciny w skale wypełniane są czerwoną farbą. W muzeum nie zabawiamy jednak długo. Jest to nasz pierwszy dzień jazdy i pełni jesteśmy entuzjazmu wiec chęć posuwania się do przodu jest ogromna.

Norway

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów po raz pierwszy widzimy renifery. Czekaliśmy na to spotkanie, ale nie spodziewaliśmy się, że będzie miało miejsce już pierwszego dnia. Stada tych pięknych, podobnych trochę do łosi zwierząt pasą się u pobocza drogi. Na nasze szczęście nie płoszą się od razu. Robimy kilka zdjęć i podążamy dalej.To nie koniec spotkań z reniferami, jest ich tu nieprzeciętnie dużo. O ile przyjemnie patrzy się na nie z poziomu siodełka, o tyle w nocy, gdy chcemy spać, tabunami krążą wokół namiotu, pasą się i parskają, a przyczepione do ich szyj dzwonki nie pozwalają zmrużyć oka. Odpędzanie ich na niewiele się zdaje, one są u siebie i nie boją się, to my przyjeżdżamy przez ich terytorium.

Norway

Teren coraz bardziej zaczyna falować, są podjazdy i zjazdy na przemian. Jedziemy głównie wzdłuż fiordów, więc po naszej prawej i lewej obserwujemy coraz wyższe wzniesienia, pokryte wciąż śniegiem, który na dobrą sprawę nie zdąży zniknąć, bo wkrótce znów będzie zima. Wspinamy się na pierwszą przełęcz pod Gildetun. Widok ze szczytu pomimo niewielkiej wysokości ponad 400 m n.p.m. jest zachwycający. Nisko wiszące słońce oświetlające wodę pod nami, która błyszczy niczym diamenty. Zachwyt trwa jednak krótko, gdyż pogoda jest tu bardzo kapryśna i zjeżdżamy w dół w ogromnej ulewie. Przemoczeni uciekamy do namiotu na kolejny nocleg.

Po drodze często spotykamy rodaków, np. na jednym z kempingów kierujemy się do recepcji z prośbą o wrzątek. Otwiera nam młody mężczyzna i od razu mówi po polsku, czym nas zaskakuje. Wyjaśnia, że rozpoznał nas po tym, ze pukamy do drzwi, ponieważ inni dzwonią lub szarpią za klamkę. Ciekawe spostrzeżenie ;) Polacy to taki kulturalny naród!

Lofoty – to chyba raj

W drodze do Gratangsbotn podziwiamy wodospady spływające prosto do fiordu. Żegnamy się tutaj z drogą E6, którą podążaliśmy przez blisko 500 km i spokojną drogą kierujemy się na przyciągające turystów Lofoty. Jesteśmy bardzo ciekawi, co tak magnetycznego ma w sobie to miejsce. Przejeżdżając przez miasteczka Grov i Sandstrand zdaje się, że wjechaliśmy na drogę do raju. Co chwilę zatrzymujemy się na sesje zdjęciowe, siadamy na łąkach nad brzegiem fiordów i po prostu patrzymy przed siebie napawając się wynurzającymi się z wody górami i szumem wodospadów, których jest tu coraz mniej. Wkrótce przekonamy się, że z powodu braku rzek trudno będzie o wodę do picia oraz… mycia. Będziemy musieli skorzystać z kranów na cmentarzach, choć początkowo taka wizja nie nastraja pozytywnie.

Norway

Problem stanowią również zapasy jedzenia, które zmniejszają się w szybkim tempie. Sklepy mijamy średnio co 2 dni, a nigdy nie wiadomo, czy za kolejnym zakrętem czeka miasteczko. W desperacji robimy najcenniejsze zakupy na stacji benzynowej: za chleb i makaron płacimy 100 koron (50 zł!). Nie powinniśmy obawiać się śmierci głodowej, bo ludzie są tu niezwykle życzliwi i chętnie sami oferują pomoc – zdarza się, że czasem, ktoś podchodzi i daje nam z uśmiechem owoce czy energetyczne batoniki  życząc sił na dalszą podróż.

Jak już wspomnieliśmy, cywilizacja co jakiś czas znika na 2 dni. W samym środku takiej dziczy natrafiamy na rondo z ogromnym parkingiem i nowoczesnym budynkiem – miejsce okazuje się być czymś na kształt stacji kontroli autobusów. W samym środku niczego, tak po prostu.  Zaskoczeni chwilę dalej natrafiamy na kamerę GoPro leżącą przy poboczu. Tu znowu spotyka nas zaskoczenie, bo wracają po nią motocykliści, rodacy ze świętokrzyskiego! Po przejechaniu tunelu czeka nas kolejna niespodzianka w jednym z domków prosimy o wrzątek i dostajemy dodatkowo kawałek świeżej ryby, która była smakowita usmażona z ziołami. Następny dzień również miał przynieść wiele nowego, m.in. czekała nas jazda przez 3-km tunel pod wodą z niezwykle szybkim zjazdem, ale i stromym podjazdem, gdzie rowery musieliśmy prowadzić. Podobnie daje w kość przejeżdżanie przez długie mosty, tutaj musimy zmagać się z silnym wiatrem ze względu na wysokość nad otwarta przestrzenią.

Norway

Pogoda nam dopisuje, jednak mimo słonecznej aury długi rękaw i spodnie to wciąż podstawa naszego ubioru. Na jednej z plaż z niedowierzaniem obserwujemy ludzi, którzy bez skrępowania kąpią się w lodowatej lazurowej wodzie, ale są to głównie dzieci. Można zrozumieć tutejszych mieszkańców mając na uwadze różnice temperatur w skrajnych porach roku, zważywszy szczególnie na to, że zimą temperatury sięgają do – 40 stopni na północy kraju, takie Lofoty zatem w ich wyobrażeniu uchodzą niemal za Hawaje.

Nawet zwierzęta (w naszym mniemaniu) spotykamy egzotyczne. Po jednym z noclegów przy stodole na skarpie znajdujemy wędrującego po skale na brzegu małego kraba oraz meduzę pląsającą tuż przy powierzchni wody. Tutaj właściciel miejsca zgadza się na nasz nocleg bez problemu, nawet jego piesek dał przyzwolenie oznaczając nasz namiot jako swój teren… Kilka dni wcześniej M. krzyżuje desperackie plany A., który uparł się na ugotowanie małż i innych wodnych stworków.

Mieliśmy również zaszczyt spotkać księdza jadącego rowerem na Nordkapp – oczywiście Polaka!, a właściwie już stamtąd wracającego (z Polski przez Finlandię, “Z Księdzem na Nordkapp”). Ciepło na sercu zrobiło nam się na wiadomość, że jedzie z naszych rodzinnych stron – Tomaszowa Lubelskiego spod wschodniej granicy. Pozdrawiamy!

Ostatni dzień, a właściwie wczesny ranek na Lofotach chcieliśmy wykorzystać jak najlepiej, udało się dzięki  pobudce o 4 rano. Miejscem noclegu był parking przy toaletach i tunelu z dwóch względów: 1) szansa na mycie w ciepłej wodzie; 2) przejazd przez pusty tunel wczesnym rankiem.  

Największy sentyment dotyczący tych wysp pozostanie prawdopodobnie do Moskenes i miejscowości Å, które odwiedziliśmy  bardzo wczesnym rankiem. Puste drogi, kolorowe drewniane domki na skałach, nieruchoma tafla wody, kutry rybackie daleko na linii horyzontu i nawet śpiące mewy, które za dnia skrzeczą jak opętane pozwoliły nam po raz ostatni zachwycić się Lofotami przed wejściem na prom do Bodo.

Norway

Trondheim – i znów jest pięknie

Schodząc z promu w Bodø mamy wrażenie, jakby to nie ta sama Norwegia. Niemal płaski teren, miasto pełne ludzi, sklepy, szum i hałas; już się od tego odzwyczailiśmy. Chcemy znów uciec do dzikich terenów, gdzie będziemy tylko my i natura. Po trochu też zaczynamy realnie spoglądać na mapę i stwierdzamy, że po zmianach trasy, jakich dokonaliśmy i planujemy dokonać, możemy się nie wyrobić z powrotem przed końcem sierpnia. Podejmujemy decyzję o próbie złapania rowero-stopa. Uzbrojeni w karton z napisem: “Take us to Trondheim” ruszamy na trasę. Droga prowadzi wzdłuż torów, co napawało nas radością i nadzieją, że musi być płasko. Dla linii kolejowej – owszem ;) Sami nie wierzymy w powodzenie tego planu, bo do Trondheim jest kawałek, ale o dziwo pod wieczór, gdy zjeżdżamy na parking, czeka tam na nas wóz kempingowy i przemiłe małżeństwo, które gotowe jest nas zabrać do Stejnikier, czyli jakieś 100 km przed Trondheim. Decydujemy się bez wahania. Po przejechaniu 400 km sugerują nam nocleg nad jeziorem w drewnianej budce dla wędkarzy. Jadąc tu minęliśmy koło podbiegunowe, co ma wady i zalety: jest równoznaczne z końcem dnia polarnego, zatem noce są już ciemne, więc koniec z beztroskim zwlekaniem z rozbiciem obozu do godz. 2.00 w nocy, ale woda w jeziorkach ma znośną temperaturę (w porównaniu do wód Północy oczywiście) i wreszcie jest szansa na w miarę normalne kąpiele. Dodatkowo, tutaj dopiero zaczyna się lato, więc mimo tego, że w Polsce się już kończy tu przeżyjemy je w całości.

Letni klimat kojarzyć na się będzie także z malowniczym miasteczkiem Levanger – zdecydowanie jednym z najpiękniejszych, jakie mijaliśmy: drewniane budynki, urocze kawiarenki, aura spokoju sprawiała wrażenie jakby czas się zatrzymał. Miejsce to może przywoływać na myśl klimat Hiszpanii, temperatura jednak była daleka od tej południowej.

Po kolejnych dwóch dniach wjeżdżamy do Trondheim. Stwierdzamy, że warto było, bo początkowo chcieliśmy je ominąć, ale stare miasto, niska zabudowa, przemyślana i przyjazna dla rowerów infrastruktura pozwalają nam cieszyć się pobytem. Zbliża się jednak wieczór i chcielibyśmy spać za miastem. Niefortunnie wjeżdżamy jednak na drogę ekspresową i przez 5 km jesteśmy uwięzieni, gdyż zjazd uniemożliwiają barierki. Najedliśmy się sporo stresu, ale kierowcy byli wyrozumiali. Nie powinniśmy się przyznawać, ale później jeszcze parę razy jechaliśmy (choć zawsze w stresie) drogami ekspresowymi, gdyż po prostu są one prowadzone po płaskim terenie, a nie chcieliśmy tracić czasu przez objazdowe ścieżki rowerowe zawsze prowadzone przez dużo trudniejszy teren.

Dość energii i cierpliwości pochłaniała też jazda w deszczu, ale w końcu zawsze wychodziło słońce – dosłownie i w przenośni. Po trudnym podjeździe na 1026 m n.p.m. (7km cały czas w górę) i zjeździe w ulewie do miasteczka Dombas mogliśmy względnie wysuszyć się w domu handlowym, żeby potem znaleźć przytulny nocleg za miastem w sosnowym lesie za stacją benzynową, gdzie do dyspozycji były darmowe prysznice. Tutejsze spotkanie wspominamy ze szczególnym sentymentem. Poznaliśmy tutaj naszego rówieśnika Scotta podróżującego samotnie po Norwegii i Zachodniej Europie na starym rowerze. Długowłosy brodaty młody Amerykanin, w słomkowym kapeluszu i sklejonych taśmą okularach, wyruszył w podróż z niewielkim plikiem dolarów w kieszeni i nie znikającym z twarzy radosnym uśmiechem, czym nas szczególnie ujął. Podzieliliśmy się z nim naszym niemal domowym rosołem, jedynym ciepłym posiłkiem, jaki miał okazję jeść od długiego czasu. W zamian okazał nam swoje wdzięczność podrzucając paczkę słodyczy. Uświadomiliśmy go, żeby nie kierował się na północ, bo spotka go noc polarna i śnieg. Zrezygnował i tak widząc na mapie odległość, jaką miałby do pokonania. Żal było nam żegnać go rano. Trzymaj się, Scott! Odwiedź kiedyś Polskę!

Norway

Autostop ale bez rowerów

Jesteśmy w Lom. Tutaj zachwycamy się ręcznie robionym kościołem klepkowym i rzeką przepływającą przez miasto. Długo też przesiadujemy w parku sportowym, gdzie zupełnie za darmo szalejemy na trampolinach, slackline, zjeżdżalniach i wspinaczce skałkowej.

W Lom postanawiamy zostawić nasze dzielne rumaki, pewna rodzina mieszkająca na obrzeżach Lom zgadza się przechować je przez dwa dni, gdy my w tym czasie udamy się do oddalonego o 100 km Geiranger, aby zobaczyć słynny fiord oraz Wodospad Siedmiu Sióstr. Korzystamy z autostopa, po dosłownie paru minutach zabiera nas przemiła Norweżka. Całą drogę opowiada o Norwegii i ludziach. Na miejscu nie możemy wyjść z podziwu nad pięknem tego miejsca. Udaje nam się też znaleźć bezapelacyjnie najlepszy nocleg podczas całego wyjazdu: na krawędzi klifu z widokiem na fiord i wodospady, ponad punktem widokowym. Przecudnie!

Norway

Rano na chwilę widoki całkowicie przysłoniła mgła przesuwająca się przez fiord. Na szczęście obyło się bez deszczu, więc autostopem z parą młodych Belgów wydostaliśmy się z Geiranger, aż do przełęczy 30 km dalej, gdzie otoczonych śniegiem zmroził nas dodatkowo deszcz ze śniegiem i nagły spadek temperatury. Ukryci pod granitowym stolikiem na postoju czekaliśmy na poprawę pogody. Jak mawiają: “po deszczu zawsze wychodzi słońce”; w naszym przypadku nie dosłownie, ale zatrzymaliśmy samochód w nadziei, że zabierze nas z powrotem do Lom. Mężczyzna okazał się, nie inaczej – Polakiem. Świat jest mały. Robert pracuje w Norwegii jako kierowca. Proponował, że może nas nawet zabrać do Karlskrony w Szwecji, ale mieliśmy już inne plany, więc grzecznie odmówiliśmy. Robert, pozdrawiamy!

 

Najwyższa droga Norwegii –  1432 m n.p.m.

Z  Lom, ponownie na rowerach, skręcamy na drogę na Sognefjellet- najwyższą przełęcz w Północnej Europie. Podobno otwarta na sezon została dopiero tydzień wcześniej, więc mamy szczęście. Podjazd początkowo nie jest trudny, choć jedziemy w górę rzeki. Jest pięknie, po obu stronach szosy zbocza gór, słońce przygrzewa tworząc idealne warunki do jazdy. Po południu jednak pojawia się stromizna 7 %, tu pomaga nam trochę lokalna pani listonosz, która podwozi nasze bagaże o 5 km, niby nie dużo, ale dla nas to zbawienne. Tu ludziom można ufać, oddaliśmy jej przecież nasze wszystkie bagaże!

Śpimy na 900 m n.p.m. W momencie, gdy zamykamy zamek namiotu, słońce chowa się za wzgórze,
a chwilę później robi się przeraźliwie zimno. Zasypiamy zawinięci szczelnie w nasze puchowe śpiwory. Nos coraz bardziej marznie, sięgamy nawet po czapki i kurtki. Jak bardzo było zimno tej nocy dowiadujemy się rano. Pranie, które robiliśmy wieczorem, zamarzło całkowicie. Okazało się, że temperatura w nocy spadła do -10 stopni Celsjusza.

W południe po mozolnym przejechaniu sześciu serpentyn triumfalnie zdobywamy przełęcz. Widok jest oszałamiający, tutaj panuje regularna zima. Na horyzoncie ośnieżone lodowcowe szczyty po 2500 m rozciągające się aż po horyzont i my tacy malutcy obserwujący to z zatoczki przy drodze. Nieco w oddali widzimy trenujących narciarzy biegowych i, o dziwo, kilka namiotów rozłożonych na śniegu – ktoś i tutaj spędził tę mroźną noc. Na przełęczy znajduje się też hotel, ale wchodzimy tylko do holu, a w łazience uzupełniamy zapasy gorącej wody. Jedziemy znaną nieczynną w zimie Drogą 55, najwyżej prowadzoną drogą w Norwegii, na wysokości 1434 m n.p.m. (skrót pomiędzy Trondheim i Bergen) prowadzoną przez góry Jotunheimen – najwyższe góry Skandynawii, o czym świadczy nawet latem zalegający na poboczu śnieg do wysokości 3 metrów. Czas ruszać na dół, bo kolejnej nocy nie chcemy już tu spędzić. Po 35 km spektakularnego zjazdu docieramy do Skjolden, tym samym tracimy całą wysokość, którą z trudem zdobywaliśmy przez ostatni tydzień i znów jesteśmy nad fiordem.

Język Trolla wystawił nas do wiatru

Po przeprawieniu się autobusem przez najdłuższy lądowy tunel na świecie w Laeardal (168 NOK za dwie osoby + rowery) i krótkiej przygodzie z tunelem, który został zamknięty dlatego, że do niego wjechaliśmy, już jako roweroautostopowicze spotykamy starszego brodatego mężczyznę, który przewozi nas przez konfliktowy tunel – dziadunio zawrócił po nas i zawiózł aż do wioski wikingów w osadzie Gudvangen – na końcu najwęższego fiordu świata Nærøyfjorden, którą ciągle rozbudowuje. Otrzymaliśmy ofertę nocowania w tym miejscu, z czego z radością skorzystaliśmy. Widok stromych ścian otaczających potok i wąska dolinę zapowiadał mocne wrażenia. Co roku w lipcu odbywa się tutaj festiwal wikingów na pamiątkę wypraw dawnych mieszkańców w stronę wybrzeży Anglii i Szkocji, którzy przytłoczeni specyficznym ukształtowaniem terenu niekiedy narażali życie próbując wydostać się z osady na dobre.

Kolejnego dnia dojeżdżamy do Oddy. Mamy zamiar stanąć oko w oko ze słynnym Trollem – a dokładniej z Językiem Trolla. Wieczorem wypychamy niemal rowery do Skjeggedal. 500 metrów podjazdu daje nam w kość, ale późnym wieczorem z werwą rozbijamy namiot i zasypiamy w oczekiwaniu na jutrzejszy trekking. Mimo planów wczesnego wyjścia, ruszamy dopiero o 8.00 – marsz w obie strony ma zająć 8-10 godzin według przewodnika, więc nie panikujemy. Jednak już na początku trasy widzimy, że nie będzie łatwo – pierwszy kilometr to aż 400 metrów przewyższenia. Problemem jest nie tylko sama wspinaczka, ale i ilość ludzi podążających na górę. Już wiemy, że na Języku będzie tłok… Szlak jest malowniczy, ale i wymagający; im wyżej tym więcej śniegu, niebieskiego lodu i kamieni wynurzających się z zasp. Jest pięknie: w dole turkusowa woda, w górze piękne słońce. Jednak dla nas czar pryska, gdy docieramy na miejsce. Wyobrażaliśmy sobie odludne miejsce, gdzie tylko garstka ludzi potrafi dotrzeć. Tymczasem do sławnej skały ustawiona jest ponad stumetrowa kolejka, każdy ma chwilę na zdjęcie, no i sam Język nie jest tak duży, jak myśleliśmy – gdyby nie tłumy ludzi, zapewne nie trafilibyśmy na właściwe miejsce. Niełatwo było tutaj dotrzeć ze względu na to, że Norwegowie nie mają w zwyczaju oznaczania szlaków i jedynym znakiem sugerującym, że nie zboczyliśmy z drogi jest czerwona litera „T” wymalowana od czasu do czasu na kamieniach oraz właśnie tłumy podążające we wspomnianym kierunku. Nie czekamy nawet na swoją kolej, odchodzimy bez zdjęcia, ale i bez żalu, bo miejsce okazuje się zbyt skomercjalizowane. Droga powrotna jest trudna, niesamowicie bolą nas kolana i ścięgna odzwyczajone od chodzenia (podczas marszu pracują inne mięśnie niż podczas jazdy rowerem). Do namiotu wtaczamy się ostatkiem sił grubo po północy. Mimo zmęczenia gotujemy jeszcze ostatni rosół z kostki, który nam został. Nagroda za trud się należy!

Norway

W dół do Kristiansand

Język Trolla był ostatnim z planowanych do odwiedzenia punktów na trasie. Początkowo chcieliśmy wracać do Oslo i stamtąd przez Szwecję do Danii. Będąc jednak tak daleko na południu decydujemy się zjechać całkiem w dół. Obieramy za cel Kristiansand. Za Haukeligrend przejeżdżamy już przez ostatnią przełęcz podczas tej wycieczki. Radujemy się, ale i trochę smucimy, bo wiemy, że teraz czeka nas już tylko zjazd do morza i skończy się ‘nasza’ górska Norwegia. Teraz jednak, zamiast spektakularnych krajobrazów, które z każdym kilometrem stawały się coraz bardziej nizinne, towarzyszyły nam gęste i bogate w zasoby lasy. Dawno, nawet w Polsce, nie jedliśmy takich ilości jagód, poziomek, grzybów i malin – postojom nie ma końca.

Kristiansand. Miasto nie zachwyca nas jednak. Ludzie, hałas, samochody – zdecydowanie wolimy otwarte przestrzenie. Po noclegu w krzaczorach na cudownej małej wyspie Olderøya jeszcze przed świtem wsiadamy na prom do Hirtshals w Danii. Ostatnie spojrzenie na brzegi Norwegii i, obiecując sobie, że wrócimy tu kiedyś, rozpoczynamy dwugodzinny rejs do kraju rowerów.

Dania – płasko, za płasko

W Danii następuje spodziewane wypłaszczenie terenu, choć mimo to jedzie się nie tak, jak byśmy sobie życzyli i nie tak lekko jak myśleliśmy. Podjazdów nie ma, ale naszym wrogiem okazuje się monotonia krajobrazu: wszędzie pola i wiatr jak na złość wiejący w twarz. Nie zachęca to zbytnio do jazdy wiedząc, że przed nami i brak zakrętów i czegoś co nas zaskoczy. Z trudem docieramy na nocleg, który też trudno znaleźć, bo lasów nie widzimy wcale jak okiem sięgnąć. Ostatecznie rozbijamy się na skraju pola z widokiem na farmę wiatraków i autostradę. Mycia też dziś nie będzie, gdyż i rzek żadnych nie ma. Oj, wymagająca ta Dania.

Rozczarowani monotonią krajobrazu, w Aalborg decydujemy się pokonać troszkę dystansu pociągiem. Kupując bilety stwierdzamy, że z pewnością Dania nie jest nudna, jednak wracając ze spektakularnej za każdym zakrętem Norwegii nasze postrzeganie nastawione jest na coś więcej niż tylko proste drogi bez zakrętów i otaczające nas zboża. Dojeżdżamy do Odense, aby stamtąd już rowerami dotrzeć do Gedser na kolejny prom. Teren od Odense niewiele różni się od tego na północy kraju, wciąż wszechobecne są pola, choć teraz pojawiają się drzewa i niewielkie zagajniki. O poranku docieramy na prom do Rostock.

Niemcy – cień drzew ratuje od upału

W Niemczech byliśmy po dwóch godzinach. Jesteśmy już tylko nieco ponad 200 km od Polski. Dom jest już tak blisko. Pierwsze co uderza nas po zejściu z pokładu to ogromny upał wyciskający pot z każdego centymetra naszego ciała. Wody! Po nią udajemy się na stację benzynową, a potem do pierwszego lepszego domu. Wszędzie niestety rozczarowanie – wody nie dostaniemy, nawet z kranu: „Kupcie sobie, tam jest sklep”. Podobna sytuacja w następnym i kolejnym domu. Życzliwości zaznaliśmy dopiero od starszej pani, która pieliła chwasty w ogródku, być może zachęciła ją nasza błyskotliwa znajomość języka niemieckiego :)

Butelki napełnione, ruszamy. Tutaj Niemcy podobne są do Danii, dominują pola uprawne, choć horyzont jest bardziej interesujący zważywszy na liczne wzgórza i pagórki. Jedzie się całkiem przyjemnie, tylko ten skwar! Ochłodę dają jedynie potężne drzewa rosnące po obu stronach drogi. Czemu w Polsce są one wycinane? Spełniają taką ważną funkcję.

Z miejsc godnych uwagi polecamy centrum w Laage, Neubrandenburg, Strasburg i Passewalk, którymi zachwycamy się zatrzymując się na postoje w parkach, czy na ławeczkach przy starych kamienicach, Obowiązkowo jemy porcję lodów, które schładzają nas i dają siłę do walki ze słońcem.

Polska – koszmar PKP

Przejazd przez granicę jest niczym nie zaburzony, gdyby nie puste budynki pograniczników i tablice z oznaczeniami nawet nie wiedzielibyśmy, że już jesteśmy w kraju. Pierwsze nasze kroki kierujemy do Biedronki, żołądki domagają się napełnienia polskim żarełkiem. Długo siedzimy pod sklepem pałaszując bułki, kiełbasę, Pepsi i chipsy. Nasyceni wtaczamy się na rowery i toczymy się na dworzec kolejowy do Szczecina. Ten ostatni etap podróży przyjdzie nam przejechać pociągiem. Nie mamy żalu, Polskę rowerem trochę już zwiedziliśmy, a przejechane 2500 km to wystarczający dystans. Niestety podróży PKP do Zamościa nie będziemy miło wspominać. Po pierwsze zawiodła infrastruktura: na dworcach w Szczecinie i Lublinie musieliśmy dźwigać zarówno bagaż jak i rowery po stromych schodach na perony. Nie było to przyjemne doświadczenie i wielu pasażerów, którzy mieli duże walizki i taki sam problem zgodnie przyznało, że PKP nie ma szacunku dla podróżnych. Po drugie konduktorzy PKP, ogólnie mówiąc, nie byli mili dla nas starających się upchać rowery do pociągu, o pomocy już nie wspomnimy, tę otrzymaliśmy od współpasażerów również podróżujących z rowerami. Z ulga więc wysiadamy na stacji Zamość, teraz tylko ostatnie 40 km pedałowania i jesteśmy na Roztoczu. Na stole czeka kolacja i wyczekująca na nas stęskniona mama. Czas odpocząć!

Tekst i zdjęcia: Andrzej Strzałka i Marlena Górska

Trasa: Alta, Storslett, Birtavarre, Setermoen, Svolvaer, A, Bodo, Storjord, Mo i Rana, Trones, Steinkier, Trondheim, Dombas, Lom, Geiranger, Fortun, Laerdal, Utne, Skjeggedal, Skare, Hovden, Rysstad, Evje, Kristiansand, Hirtshals, Aalborg, Aarhus, Odense, Gedser, Rostock, Neubrandenburg, Prenzlau, Szczecin, Zwierzyniec

Dystans: 2500 km

Czas: 29 czerwiec – 18 sierpień 2015

Więcej o wyprawie: www.overhorizons.com

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close