Nie tak. Zupełnie nie tak to miało wyglądać. Nie dwa, a trzy pasma górskie. Nie ledwie 5 tysięcy kilometrów, a 7. Nie cztery, a siedem krajów. Ale liczby to jedno. Drugie to przygoda, ludzie i góry. Cztery miesiące w Pamirze i Himalajach, mimo obiektywnych przeszkód, to najlepsze cztery miesiące naszego życia.

Założenie było mocne. Jak każde założenie tworzone sprzed komputera, wykreślone po elektronicznej płachcie mapy Googla. Tu, myk myk, później tu, tu, pod górę, przełęcz i już jesteśmy. Proste, prawda? Nie. W Azji nic nigdy nie jest proste, klarowne i nieskomplikowane – to lekcja pierwsza. Tuzin następnych przyswajaliśmy już szybciej. Ale od początku.

Uzbekistan. Tranzyt.

Elastyczność i asertywność – te nauki opanowujemy dosyć szybko, gdy po złożeniu rowerów na lotnisku w Taszkiencie przeciskamy się przez tuziny namolnych taksówkarzy. Po drodze dobijamy jeszcze targu z cinkciarzem i opatrzeni grubym plikiem banknotów powoli wyjeżdżamy z uzbeckiej stolicy. Pierwsze kilometry smakują wybornie – wreszcie Tu jesteśmy i wreszcie To robimy. Czwarta rano w lipcowym Taszkiencie to jeszcze przyjemne 26 do 30 stopni temperatury. Gdy jednak słońce uwalnia się zza horyzontu, spiekota staję się fizycznie uporczywa. Upał zwala nas z nóg. W południe więc kiblujemy pod skrawkiem cienia, próbując redukować jakikolwiek wysiłek fizyczny. Po trzech dniach witamy się o świcie z Tadżykistanem.

Tadżykistan. Pamir zakryty.

To powitanie wyczekane, wymarzone. To nasz kraj z pierwszym pasmem górskim do obskoczenia – Pamir jest już tuż tuż. To ekscytująca wiadomość. Cieszy nas wszystko dookoła. Nawet upał staje się przyjemnie znośny, gdy autochtoni częstują nas litrami gorącego czaju, wpychają lepioszki i obdarowują przyjaznymi gestami. Jest ramadan, miesiąc celebrujący objawienie Koranu. Nam objawiają się Tadżycy w momencie, gdy potrzebujemy ich najbardziej. Pierwszy duży podjazd. Shahristan Pass. Najpierw mnie rozkłada żołądkowe zatrucie. Kilkanaście kilometrów dalej na zjeździe Kasia rysuje głową nierówną powierzchnię asfaltu. Traci przytomność. Z ulicy w kałuży krwi zgarniają nas Tadżycy. Zawożą do szpitala, lekarzowi wkładają w ręce łapówkę. Dzień później Kasia już stoi na nogach. Najedliśmy się strachu. Ale to dopiero początek problemów.

Centralna Azja to wojenne igrzysko – co rusz jest tu niespokojnie. Historyczne zatargi przechodzą w poprzek podziałów etnicznych i religijnych. Jest zazwyczaj względnie spokojnie, ale wystarczy iskra, by zaczęło się pieprzyć. Pech chciał, że po dojeździe do Duszabne w Pamirze wybuchła wojna domowa.

Pamir zakryty – informuje nas żołnierz, gdy próbujemy wjechać do Gorno Badachszanu. Siedzimy na ulicy przegryzając batona – to tyle z naszymi zmaganiami z trudną rzeczywistością Centralnej Azji. Kilka dni wcześniej ambasada Pakistanu odmówiła nam wizy. To znaczy, że nie przejedziemy ani przez Pamir, ani przez Karakorum. Nie ma innej opcji – samolotem śmigamy do Indii.

Indie. Himalaje w poprzek

Północne Indie objeżdżamy na wylot. Wszerz i wzdłuż. Dwa i pół miesiąca. Od Spiti Valley przy granicy z Chinami, gdzie zagryzamy przepyszne momosy przygotowane przez imigrantów z Tybetu na wysokości 3,500 metrów, przez “drogę marzenie” – Manali Leh i pięć przełęczy powyżej 4 tysięcy metrów, następnie podobnie spektakularną drogą do Kaszmiru, by odbić na południe i przez Dharamsalę powoli pedałować do Nepalu. Potężne przełęcze, wielkie przygody, niesamowici ludzie – intrygujący, życzliwi, ale niejednokrotnie problematyczni i wymagający. Znowu trafiliśmy w wir historii i konfliktów. W Kaszmirze odbijamy się od demonstracji muzułmańskiej – wzięto nas za amerykanów i mało co nie dostaliśmy za to w skórę. Kilka dni później chłonęliśmy w Srinagarze klimat Kaszmiru, gdy parę kilometrów od nas wzburzona społeczność wyznawców Islamu paliła opony i biła się z policją. Dwa tygodnie później znowu trafiamy do innego świata – McLeod Ganj z liczną społecznością buddyjską. To tu urzęduję Dalajlama. Senne, spokojne miasteczko, któremu klimat nadają mnisi. Jeszcze kilkaset kilometrów i Nepal. Nasz ostatni kraj.

Nepal. Końcówka przez szpital i wielkie góry

Z mieszanymi uczuciami wjeżdżamy do Nepalu. To ostatni miesiąc wyprawy. Zbiera nas na ckliwe wspomnienia i wcale nie chcemy jeszcze kończyć tej epopei. Tymczasem przez Nepal, z racji tego, że jest płasko, mkniemy w kilka dni. Do czasu. Przed Pokharą z nóg zwala mnie zatrucie pokarmowe – przynajmniej tak wtedy myślałem. W samej Pokharze, gdy ubywa mi dobrych kilka kilogramów, trafiam do szpitala. Ordynator pompuje w żyły litry antybiotyków, które stawiaja mnie na nogi. To pozwala na odbycie kolejnego trekkingu – do Base Campu pod Annapurną. Stajemy po trzech dniach u podnóża ośmiotysięcznika i to jest najlepszy epilog tej wyprawy. Tydzień później wręczamy kilkaset rupii łapówki pracownikomi lotniska w Katmandu, by przepchnął nadwymiarowe kilka kilogramów. Lecimy.

Autor relacji: Andrzej Brandt

Więcej znajdziecie na stronie Kasi i Andrzeja: http://wyprawa.nonstopadventure.pl/

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalaj na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą jakość przeglądania. Jeśli będziesz nadal korzystać z tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz „Akceptuję” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij