Po wielu miesiącach przygotowań, wreszcie nasze marzenie o większej zagranicznej wyprawie zaczęło się spełniać. Kiedy postawiliśmy swoje koła na dworcu PKP w Szczecinie, w naszych głosach grała już nutka podekscytowania przed przygodą, jaka miała się lada chwila rozpocząć…
Początek zdawał się być nieco chaotyczny, wyjazd ze szczecińskiej metropolii wśród dość sporego ruchu samochodowego prowadząc ponad 100kg obładowane maszyny, był nieco kłopotliwy. Jednak już godzinę później mknęliśmy piękną leśna szosą w kierunku granicy polsko-niemieckiej! Tuż przed samym jej przekroczeniem, podczas postoju w przygranicznym sklepie, spotyka nas rowerzysta, który zainteresowany naszym bagażem i widząc trzy flagi na sakwach, oferuje swoją nawigacyjną pomoc. Prowadzi nas boczną droga na rowerowo/piesze przejście graniczne. Jedzie z nami jeszcze kawałek, a później odbija w kierunku Pasewalk. Nasza już dwuosobowa grupka rusza więc dalej w głąb Niemiec.

rys1

 

Nogi, niczym zaczarowane, pchają rowery do przodu, nie zwracamy uwagi na ciężar, zachwycamy się krajobrazami, które są jakże różne od tych widywanych w Polsce. Pierwszym kontrastem, jaki napotykamy, są drogi rowerowe. To nie ścieżki z koślawej czerwonej kostki Bauma, zdecydowanie można zaakcentować, że są to drogi! Każda główna wylotówka między niemieckimi miastami, posiada towarzyszącą jej drogę dla ruchu pieszego i rowerowego. Asfaltowe węże są nie tylko oddalone od ciągu samochodowego, ale także doskonale utrzymane i oznakowane. Na równej jak stół nawierzchni rower mknął jakby zachęcony do jazdy.
Malowniczość okolicy przechodziła nasze najśmielsze wyobrażenia. Przez wiele kilometrów jechaliśmy obok siebie i długo rozmawialiśmy. Otoczeni przez tereny rolnicze czasem znikaliśmy między wielkimi łanami zbóż, gdy asfaltowy szlak przecinał pola. Jakże inaczej wygląda wieś w Niemczech, przekonywaliśmy się nie tylko patrząc na wielkoobszarowe uprawy, ale także jadąc przez małe miejscowości. Ich czystość, zadbanie i precyzja, z jaką zostały zbudowane zaskakiwały chyba najbardziej. Równo przystrzyżone trawniki i malownicze biało-czarne stodoły dodawały temu wszystkiemu uroku. Napotkani ludzie pozdrawiali nas z serdecznością niejednokrotnie częstując wiśniami, czy truskawkami, których wysyp przypadł na czas naszego wyjazdu.

rys2

 

Pasewalk to pierwsza z miejscowości, jaką odwiedzamy. Specyficzna nazwa tego miasta wzięła się od słów „poz” wał obronny, oraz „volc” wilk i oznacza tym samym „gród Wilka”. Tym bardziej zaskakuje herb miasta, jaki widnieje na jednym z budynków. Są to 3 głowy Gryfów na granatowym tle. W mieście panuje specyficzny klimat. Czas jakby płynął tam wolniej. Jadąc po doskonale utrzymanych, brukowanych uliczkach, między urokliwymi małymi kamieniczkami czujemy się jak dawni posłańcy wjeżdżający do miasta na koniach.
Mknąc dalej niemieckimi drogami, wolno wkraczamy w obszar pojezierzy. Malownicze akweny skryte pośród drzew są ostoją wodnego ptactwa, które licznie gromadzi się brzegach. Słońce na bezchmurnym niebie, które od początku wyprawy towarzyszy nam w jeżdzie, skłania nas do postoju nad jednym z takich zbiorników. W miejscowości Ludorf nad przepięknym jeziorem Muritz,(tu z u umlaut) robimy sobie przerwę na moczenie nóg.
Okolica jest przecudna, pobliski dworek przekształcony w restaurację z parasolkami i pobliska przystań, nadaje temu miejscu prawdziwego uroku. Chlapaniu w wodzie nie ma końca. Zmęczone nogi reagują od razu na delikatnie chłodną wodę. Podczas kiedy ja się chlapie Radek spaceruje nieopodal badając okolice. Zaskakuje nas tam jednak dość zabawna rzecz. A w zasadzie cała masa tych „rzeczy”. A mianowicie plaga biedronek!! Początkowo zostałem zaatakowany przez jedną przy wejściu do wody ale zbagatelizowałem to, jednak kiedy wróciłem do rowerów okazało się że to był zmasowany nalot! Na siodełkach siedziało kilka a na rowerach w innych miejscach także spacerowało kolejnych kilka. Ku naszemu zaskoczeniu nie było to tylko punktowe. Wylegując się na pomoście na przystani wielokrotnie tego dnia spotykaliśmy biedronki w najbardziej nieprzewidywalnych miejscach – nawet w pozostawionym otwartym bidonie znalazło się kilka.

Drugi dzień kończyliśmy w okolicach jeziora Plauer, gdzie zanim położyliśmy się spać pogubiliśmy drogę i starając się ominąć autostradę trafiliśmy do kolejnej turystyczno-portowej wioski Lenz. Początkowo totalnie zgłupieliśmy, bo jezioro Plauer wedle naszych przewidywań miało pojawić się z za lasu po lewej stronie. Jakże było nasze zaskoczenie, kiedy akwen zalśnił z prawej strony! Uznaliśmy to za zrządzenie losu i nie przejmując się, ruszyliśmy na okrążenie zbiornika. Okazało się że odcinek dookoła Plauer, był jednym z najbardziej urokliwych tego dnia. Jechaliśmy równą leśną ścieżką wzdłuż brzegu, niejednokrotnie wspinając się łagodnie na skarpy. Przy chylącym się ku zachodowi słońcu, które przecedzało się między wielkimi dębami i klonami dukt wyglądał jak zaczarowany. Wydawało się, że gdy zamkniemy oczy i znów je otworzymy pojawią się rycerze, smoki i cofniemy się do średniowiecznych Niemiec.

Dzień trzeci rozpoczęliśmy dość wcześnie, już o 11 byliśmy w trasie. Upał, jaki lał się z nieba od wczesnych porannych godzin nie pozwolił na wylegiwanie się w namiocie. Jadąc przez leśne szutry bez koszulek z upragnieniem wyglądaliśmy choćby najmniejszego jeziorka.

Jednak im wyżej kierowaliśmy się na północ, tym akwenów było mniej, a teren stawał się bardziej płaski. Z kolejnymi kilometrami temperatura nie spadała, a na niebie pojawiły się złowrogie sine chmury. Do Wismar było już coraz bliżej a nadzieja ominięcia ulewy motywowała nas do jazdy. Dwuosobowy Tour de Germany nabrał rozpędu. Staraliśmy się uciec spod ramion żywiołu, jaki nas gonił. Pchani frontalnym wiatrem i zmieniając się na prowadzeniu wielokrotnie, gnaliśmy ile sił w nogach. Niestety wysiłki się nie opłaciły i z nieba lunęła na nas ściana wody. Ostatkiem sił wtoczyliśmy się pod jeden ze sklepów gdzie przywitały nas uśmiechnięte twarze gawędzących Niemiek.

Padało około godziny a w tym czasie, schowani pod markizą sklepowa, urządziliśmy sobie posiłek. Zakupiony wcześniej chleb i wiezione konserwy oraz ostatnie zapasy batoników. Można powiedzieć uczta. Posiłek pozwolił nam się zregenerować i nieco przeschnąć. Po każdej burzy przychodzi słońce. Jadąc dalej z miejsca posiłku żegna nas prześliczna tęcza, która malowniczo rozkłada się nad trasa którą kierujemy się na północ.
Tego dnia pod wieczór udaje nam się w końcu dotrzeć do upragnionego morza! Wismar już wolno cichł, kiedy przemykaliśmy jego ulicami.

Zachód słońca nad morzem tego popołudnia był czymś niesamowitym. Stojąc po kolana w ciepłej wodzie wpatrywaliśmy się, jak wielka ognista kula z pomarańczowej robi się czerwona, aby wreszcie z gracją utonąć za horyzontem…

rys5

 

Od Wismar rozpoczyna się jakby drugi etap podróży. Nie wydzielaliśmy go w planowaniu jednak różnice dało się odczuć. Rowery już nieco lżejsze(pozbawione kilku konserw) toczyły się jakby sprawniej. Okolica także inna. Od tego dnia Morze towarzyszyło nam aż do samej Szwecji. Jadąc przez nadmorskie miejscowości pełne turystów, wpatrywaliśmy się w błękit wody upstrzony cała masą białych żagielków. Po burzy sprzed dnia, nie było ani śladu, słońce grzało miło, a nogi znów rwały się do jazdy. Wysokie klifowe wybrzeża i kamieniste plaże. Wielkie nadmorskie deptaki i wąskie szlaki tuż przy plaży, wszystko to zdawało się wpisywać w ów drugi etap wyprawy.

Po czterech dniach jazdy i 480km pożegnaliśmy Niemcy, zamykając tym samym pierwszy wielki punkt tego wyjazdu.

19 lipca o świcie po nocnym deszczu budzimy się i ruszamy na podbój Dani, która mimo że tak blisko nieco różni się od sąsiadów z południa.

Realizujemy jednak dalej program nadmorskiej, bałtyckiej jazdy, i w miarę możliwości trzymamy się wybrzeża, by cieszyć się widokiem tego wielkiego bałtyckiego śródziemnego akwenu. Kraj niezwykle zadbany i czysty. Podobnie jak Niemcy i Dania doskonale dba o rowerzystów. Drogi rowerowe, skrzyżowania z przejazdami rowerowymi oraz cała masa udogodnień sprawia że czujemy się częścią ruchu drogowego, a nie jego marginesem, jak to niestety często bywa w Polsce.
Dania to kraj mostów, i wiatraków. Rzeczywiście ten słowa się potwierdzają. Nie dane nam jednak przejechać wieloma gdyż trasa kieruje nas ku północy. Jednak mijamy je i z oddali zarówno wiatraki jak i mosty prezentują się i liczebnie i jakościowo bardzo okazale!
Kraj dość cichy i jakby jeszcze spokojniejszy niż Niemcy, ludzie nigdzie nie pędzą a jadąc wiejskimi asfaltami rzadko, kiedy spotykamy mieszkańców.

Kopenhaskie rowerowanie

Już drugiego dnia w Dani zbliżamy się do stolicy. Wjazd do Kopenhagi jest długi i monotonny. Przedmieścia niskiej zabudowy przypominają osiedla z amerykańskich filmów. Każdy z mieszkańców ma dom z garażem i symboliczne 40cm ogrodzenie lub zielony żywopłot. Chodnik po obu stronach ustępuje miejsca szerokiej asfaltówce z wydzielonym pasem dla rowerów w obu kierunkach.
Jadąc przedmieściami zauważamy ciekawe rozwiązania drogowców. Zamiast garbów zwalniających, ograniczeń prędkości czy innych dziwnych zabiegów droga osiedlowa, co jakiś czas wyrażnie zwęża się by kierowca musiał zwolnić. Przejazd owym wąskim gardłem jest możliwy dla dwóch pojazdów jednak z zachowaniem odpowiedniej precyzji, a co za tym idzie i niższej prędkości. W owych miejscach najczęściej stawiane są przepiękne betonowe wazony z kwiatami lub zwyczajnie siany trawnik. Innym sposobem na zapewnienie bezpieczeństwa w przedmieściach są małe dość przepustowe rondka. Każde posiada dookoła poza chodnikiem wydzielony fragment pasa dla rowerów. Nie musimy wiec kluczyć tylko na równi z samochodami wjeżdżamy na ruch okrężny i bezkolizyjnie jedziemy dalej. Rozwiązania proste są zawsze najlepsze.

Wjazd do stolicy jest płynny i niezauważalny. Droga jest wciąż szeroka z pasem dla rowerów a domki ustępują miejsca większej miejskiej zabudowie. Im bliżej centrum tym więcej rowerów i przywilejów dla rowerzystów. Przemy ulicą rowerową, gdzie pas dla jednośladów szerokością nie ustępuje temu samochodowemu. Oddzielne przejazdy przez skrzyżowania, ścieżki po obu stronach czy specjalnie wydzielone miejsca przed światłami dla zatrzymania się dużej liczby rowerzystów. Te wszystkie udogodnienia sprawiają że naprawdę czujemy się wyjątkowo. Jakby tego było mało ludzi na dwóch kółkach jest tam zdecydowanie więcej niż samochodów poruszających się po centrum. Kiedy docieramy do ścisłego środka miasta zaczynamy lekko się gubić. Bynajmniej nie z powodu złego oznakowania a raczej z powodu ilości poruszających się jednośladów. Mijani co jakiś czas przez ludzi na siodełku musimy uważać by swoimi obładowanymi kolosami nie zaburzyć ruchu cyklistów. Każda rowerowa trasa ma, co jakiś czas tablice kierunkową przy skrzyżowaniu z dystansem do poszczególnych dzielnic, zabytków czy ulic.

rys8

 

Gdzie okiem sięgnąć widać rowery. Zaparkowane są wszędzie. Najróżniejsze i w masie, jakiej nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. Stojaki w stylu podkowa są przed każdym sklepem, urzędem, kioskiem… Przy większych budynkach wielkie parkingi rowerowe zaskakują porządkiem i masą rowerów. Jednak to co nas tknęło to fakt że wielu ludzi nie zapina roweru gdy go zostawia pod sklepem. Przypięte rowery są tylko na noc lub na czas dłuższego z nich nie korzystania. W codziennym ruchu mieszkańcy stawiają rower na stojaku i idą załatwiać swoje sprawy. To zachowanie jest tak machinalne że dla nas bardzo wyraziste.
Tam jednośladów nie liczy się w setkach a raczej w tysiącach. Jadąc przez przeróżne dzielnice Kopenhagi spotykamy rowery zapomniane stojące gdzieś zostawione przez wiele lat. Jedne wywrócone inne już pokryte mchem. Nikną gdzieś pośród świeżo zaparkowanych.

Kopenhaga jest miastem bardzo dobrze zorganizowanym, ruch rowerowy zdaje się idealnie dopełniać klimatu tego miejsca. Nowoczesne budynki nie wyróżniają się raczej w ciekawy sposób komponują z starszymi kamienicami, przepięknie odrestaurowanymi. Zadbane brukowe uliczki i malownicze nadmorskie położenie sprawia że będąc tu naprawdę czujemy się jak w innym świecie. Kilka odmiennych od siebie dzielnic sprawia że przemieszczając się miedzy nimi przechodzimy wraz z otaczającym nas miastem metamorfozę.

Na nas największe wrażenie zrobiła Kopenhaska Wenecja. Porozcinana kanałami ze stateczkami i urokliwymi mostkami.

Będąc w stolicy, nie mogliśmy nie odwiedzić budynku Geocenter. Siedzibę mają tam dwa wydziały Geografi i Geologi, które w rowerowy sposób staraliśmy się reprezentować na tym wyjeżdzie. Dzięki uprzejmości jednego z napotkanych studentów weszliśmy do środka. Opustoszały budynek po godzinach pracy wydawał się niezwykle dostojny. Cicho pozaglądaliśmy w kilka zakamarków jednak zarówno pogoda za oknem – wielkie sine burzowe chmury, jak i póżna godzina, nie pozwoliły nam na dłuższe zwiedzanie.
Ruszając powoli w kierunku północy odwiedzamy kopenhaską syrenkę i nadmorski fort. Gdy jednak na głowę zaczyna padać deszcz decydujemy się na zakończenie zwiedzania tej jakże ciekawej stolicy rowerzystów i ruszamy dalej w podróż by jeszcze tego samego dnia po 120 km powitać wybrzeża Szwecji.

Po 2 krajach i 750 kilometrach docieramy wreszcie do docelowego elementu wyprawy. Szwecja – ogromny kąsek, na który zakrawaliśmy się od tygodnia. Wprawieni w warunki jazdy, rozgrzani niemieckim słońcem i zroszeni duńskimi deszczami, dotarliśmy wreszcie!

rys10

 

Poranek pierwszego dnia w Szwecji budzi nas słonecznie. Noc w sadzie za miastem na przepięknie wykoszonym trawniku powoduje, że wypoczęci rwiemy się do jazdy. Rozpiera nas energia, a humory dopisują. Jednak założenia, jakie podjęliśmy na promie weryfikuje w bardzo znaczący sposób pogoda, która poza słońcem karmi nas jeszcze wiatrem. Pierwotne plany zakładające jazdę wzdłuż zachodniego wybrzeża aż do Goteborga musiały ulec modyfikacji. Silny Szwedzki wiatr – będę go tu nazywał Szwedem, nie pozwalał nam na jazdę większą niż 12-15km/h, co przy dystansach, jakie nas czekały i wciąż dość dużym bagażu, zmordowałoby nas ogromnie.
Zdecydowaliśmy się, więc udać w miarę optymalnym kursem w kierunku jeziora Wetter. Szwed od wielu dni silnie wiał z zachodu, co przy założeniach jazdy na północ także było lekkim utrudnieniem. Jednak obrana trasa zakładała kompromis i skorzystanie z naszego szwedzkiego „kolegi” aby po nieudanej próbie jazdy na zachód nadrobić nieco kilometrów i dać odpocząć nogom skierowaliśmy się na Osby a dalej ku północy na Jonkoping.

rys11

 

Piękno Szwecji nie wyraża się w architekturze lecz w jej dzikości i wielkości. Jadąc trasami dostrzegaliśmy uroki tego kraju i jego ogrom. Między miastami odległości zdawały się przewyższać te nasze „europejskie” kilkukrotnie. W poprzednich krajach tablice informacyjne zawsze wskazywały dystanse po 40-50km. Tu każdy napotkany drogowskaz wskazywał po 80-150km do kolejnej większej miejscowości. Było to dla nas duże wyzwanie. Zawsze na takich wyprawach człowiek wmawia sobie że postój zrobimy dopiero po dojechaniu tu i tu. Jednak przy takich kilometrażach było to niewykonalne. I po dotarciu do miasta zaopatrywaliśmy się w zapasy na czasem cały jeden dzień jazdy.

Drugą zmianą w porównaniu z dwoma poprzednimi krajami był krajobraz. Totalnie inny od tych niemieckich i duńskich. Zaraz po wyjechaniu poza obszar Halmstadu pola uprawne ustępują miejsca lasom i skałom. Wielkie sosnowe i świerkowe drzewostany ciągnęły się po obu stronach szosy, którą jechaliśmy, przez kolejne pięć dni. Jadąc tak długimi odcinkami człowiek wkraczał na inny stopień wtajemniczenia rowerowego. Skupiał się na tym wszystkim kontemplował smak wyprawy i karmił oczy pięknem okolicy. Wtedy można było poczuć sens tego wyjazdu. Właśnie dlatego Szwecja, właśnie dlatego tam!!

Szwedzkie wyzwanie

Po pierwszym dniu szwedzkiej jazdy nauczyliśmy się, że nasz Szwed wieje silnie tylko w dzień a nocą słabnie do niezauważalnych zefirowych podmuchów, decyzja o podjęciu wyzwania jakie nam postawił podjęta została już o poranku drugiego dnia. Słońce było wysoko kiedy ruszyliśmy a wiatr w plecy sprawiał że z liczników nie schodziło 30km/h. Dodajmy do tego idealnie równy asfalt i szerokie pobocze. Jazda zaczęła się na dobre!

W okolicach godziny osiemnastej mimo iż na licznikach było już 120 km zdecydowaliśmy nie rozkładać noclegu. Wypoczęci i nasyceni przepysznym makaronem z mięsem, jaki zgotowaliśmy na jednym z postojów, zdecydowaliśmy się na jazdę nocą! Ubrani w kamizelki odblaskowe zamontowaliśmy światełka i pomknęliśmy w kierunku Vaxjo. Tej nocy nie zapomnimy nigdy. Droga krajowa zamarła nocą. Szerokie równe dobrze oznakowane pasy wiodły nas bez przeszkód za uciekającym zachodem. Za plecami wieźliśmy noc a przed oczami wciąż na horyzoncie widniało blado jasne niebo z widocznymi małymi chmurami.

rys12

 

To była biała noc. Lampki użyliśmy tylko raz i to w zasadzie tylko dla sygnalizacji pojazdom z przeciwka o naszej obecności.
O 4.35 po 215km położyliśmy się spać.

Po pokonaniu dość sporych górek wyżyny i ósmego dnia wyprawy zdobywamy Jonkoping i tym samym docieramy do wielkich jezior. Miasto witamy szaleńczym zjazdem z polską flagą z wzniesienia przed miastem. Radości nie ma granic. Po kilku dniach jazdy monotonnymi odcinkami w lasach, po jednym nocnym odcinku zmęczeni wreszcie zdobywamy kolejny punkt wyjazdu!
Tej nocy chcemy świętować, a poprzednie 215km daje się odczuć, więc noclegu szukaliśmy dość długo i to nam się opłaciło! Naszym oczom wreszcie ukazuje się niepozorna delikatnie pochylona stodoła. Oddalona od drogi i porośnięta wielkimi trawami. Po wstępnych oględzinach uradowani ładujemy się do środka. Dach nad głową, podłoga z drewna i dużo suchego miejsca na rozwieszenie roszonych od kilku dni mżawkami, ubrań. Kolacja można powiedzieć uczta! Mleko 3% i musli a do tego kanapki i makaron! Feta związana z dotarciem do jeziora jest cicha, ale radość w sercach nieprzebrana. Zmordowani padamy w twardy sen.

Zamykając etap leśny rozpoczynamy objazd jeziora. Klimat niestety zmienia się także. Przez kolejny dzień pada. Jest ciężko bo nie dość że pagórkowato to jeszcze mokro. Jedziemy w milczeniu, jakoś tak każdy sobie, bo i nie bardzo się chce gadać, kiedy leje się z nieba. To był chyba najtrudniejszy odcinek tej wyprawy. Jechaliśmy wpatrzeni w pasy na drodze starając się odganiać od siebie złe myśli że przed nami jeszcze tyle kilometrów. Nawet chwilowo podbudowane morale w przydrożnym barze nie starcza na długo.
Przełom nadchodzi już nazajutrz, kiedy budzi nas w namiocie słońce. Suszenie ubrań i śniadanie na pomoście nad jeziorem trwa do 12. Wreszcie naładowani energią i z nowym silnym morale ruszamy na zwiedzanie fortu w miejscowości Karlsborg a zaraz potem kierujemy się do Forsvik, aby zobaczyć najstarszy żelazny most w Szwecji. Wyprawa znów nabiera tempa…

rys14

Szwecja zaskakuje nas także zagęszczeniem ludności. Czasem jadąc przez miejscowości można nie spotkać jednego człowieka. Tylko zaparkowane samochody mówią o tym że ktoś mieszka w domu czy jest w mieście. Nawet przed sklepami nie widać ruchu. Tam wszystko jest takie spokojne ciche i tajemnicze… a stacje benzynowe wielokrotnie są samoobsługowe
Za jeziorem omijamy Orebro i bocznymi drogami kierujemy się na wschód. Leśne odcinki i wijące się jak węże asfaltówki miedzy pagórkowatymi polami są prześliczne. Znów śmiejemy się i jazda rowerem nabiera smaku! Mijamy całą masę jezior jeziorek i bagien. Ten obszar Szwecji jest nimi upstrzony! Droga wijąc się zatacza kręgi miedzy nimi pozwalając się nacieszyć tymi malowniczymi terenami. Po dotarciu do Katrienholm na mapie nareszcie widać już Sztokholm! Podczas obiadu gotowanego w jakiejś przydrożnej wiacie, podsumowujemy trasę, zaczynamy 6 arkusz mapy. Składając je ze sobą zachodzimy w głowę jak u licha udało się nam to zrobić ROWEREM!

Sztokholm

Jedenastego dnia po 1410km wyprawy, niczym zdobywcy z dumą rozpoczynamy wjazd do stolicy Szwecji. Sztokholm`s LAN prowadzi nas wprost do… miasta. No tu już jest kłopot. Rowerem do stolicy łatwo wjechać nie jest, chyba że się zna jakieś, tajne mniejsze drogi, ścieżki. My przez wiele godzin kluczymy między kolejnymi zjazdami na autostradę i trasy ekspresowe. W końcu jednak po 2,5 h przekraczamy główny kanał wielkim mostem i naszym oczom ukazują się czerwone ceglaste dachy starówki i stateczki zacumowane w porcie. Dynamicznym zjazdem wkraczamy do Stolicy!

Jak bardzo różne są dwie stolice Dani i Szwecji – o tym przekonać się można już przy wjeżdzie, cała masa aut duży ruch, i naprawdę duża ilość pieszych. Szlaki i ścieżki rowerowe są owszem, lecz nie w tej samej „duńskiej” ilości. Starówka, ukryta gdzieś wśród ślimaków i dróg wielopasmowych jest dla nieznającego okolicy bardzo trudna do zdobycia. Pewnie metrem poszłoby to o wiele sprawniej, jednak my musieliśmy przemieścić się na dwóch kółkach.

rys15

 

Stare miasto, prezentuje się bardzo okazale, przypomina momentami nasze jednak wydaje się być zbudowane z większym rozmachem! Wiele uliczek kamienic dużo ozdobników na kamieniach kościołach i oczywiście jeszcze więcej niż w Kopenhadze kanałów. Tam łódkami chyba ludzie do pracy pływają. Największe wrażenie robi na nas Gondola, wysoko wyniesiony pomost widokowy, który wyniesiony wysoko daje możliwość obserwacji panoramy miasta. Doskonały widok i wrażenie jakby się człowiek unosił nad miastem! Zwiedzaniu miasta nie ma granic. Mimo że dzień już dawno minął południe my kręcimy się i chwytamy wzrokiem jak najwięcej się da. Jednak zmęczenie daje o sobie znać i zmęczeni po kolacji szybko zasypiamy w namiocie, rozbitym w bliskiej odległości od miasta. Dzielnica Djurgarden to w zasadzie wyspa połączona małymi mosteczkami z miastem, posiada dużo terenów zielonych szlaków konnych i rowerowych, tam właśnie zasypiamy kończąc pełną wrażeń wyprawę. Zmęczeni, ale szczęśliwi, że marzenia, jeśli się chce można zrealizować.

W pigułce:

Trasa:
Niemcy:484km
Szczecin – Pasewalk – Woldegk – Neustrelitz – Ludorf – Malchow – Goldberg – Bruel – Wismar – Klutz – Travenmunde – Gromitz – GroBenbrode – Puttgarden (prom do Dani)

Dania:249km
Rodbyhavn – Nykobing – Orehoved – Vordingborg – Koge – Kopenhaga – Helsingor(prom do Szwecji)

Szwecja:900
Helsinborg – Astrop – Angleholm – Ljungdby – Hasselholm – Osby – Almhult – Vislanda – Avesta – Lammhult – Vrigstad – Jonkoping – Habo – Hjo – Karlsborg – Forsvik – Granvik – Askersund – Lerback – Hjortkvam – Bo – Havla – Katrineholm – Flen – Gnesta – Sodertalje – Sztokholm.

Dystans: 1633km w 13 dni. Dziennie średnio 125km w tym jednego dnia 215km z pełnym bagażem.

Noclegi – 12x namiot na dziko 1x w opuszczonej stodole w okolicach Jonkoping.
Awarie – Radek – 2x kapeć + 1x zerwany łańcuch
Adam – Zerwany łańcuch –
Dla kogo – dla każdego, trasa bezpieczna. Duża kultura kierowców, ścieżki rowerowe. Przewyższenia małe. Czasem w Szwecji długie wielokilometrowe łagodne podjazdy, one najbardziej wycieńczające są na trasie.

 

 

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalaj na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą jakość przeglądania. Jeśli będziesz nadal korzystać z tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz „Akceptuję” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij