Sakwy pełne wspomnień

Jest sobota, 5 lipca. Dookoła zamieszanie. Wieczorem, razem z Konradem zaczynamy składać i pakować swoje rowery, sakwy i pozostały sprzęt. Późno w nocy dołącza do nas Robert wraz ze swoim srebrnym rumakiem. Przyszedł czas na spakowanie jego ekwipunku. Krótki, dwugodzinny sen i biegiem na autobus, który dowiózł nas na lotnisko. Zdążyliśmy na ostatni kurs dzięki Monice – mojej dziewczynie. Musieliśmy przetestować jej zdolności tragarza… Po dotarciu na Ławicę szybkie ważenie bagażu, pożegnanie, odprawa i w końcu załadowaliśmy się do samolotu.

Po niespełna dwóch godzinach lotu wylądowaliśmy w Beauvais. Francja przywitała nas niezbyt sympatycznie, jednak nie zniechęciliśmy się na samym początku i zaczęliśmy składać sprzęt w hali przylotów. Ulewa pokrzyżowała nam troszeczkę plan – nie ostatni raz – i z planowanego podjazdu pod Paryż (~80 km) udało nam się pokonać połowę dystansu pod stolicę Francji. Pierwszy biwak, pierwsza buła z pasztetem. Wstaliśmy wcześnie, by jak najszybciej znaleźć się w Paryżu.
Ogrom miasta wywarł na nas gigantyczne wrażenie. Pod wieżą Eiffela przyszła pora na obiad w iście studenckim stylu. Bagietka z kiełbasą zaspokoiła nasze żołądki na jakiś czas. Właśnie w tym miejscu spotkaliśmy Marka Mioduckiego z „Po zdrowie na rowerze”. Paryż był jego punktem docelowym, skąd później wracał do kraju. Po krótkiej rozmowie zrobiliśmy objazd po stolicy i ruszyliśmy w stronę Wersalu by rozbić obóz nr 2. Tego dnia pokonaliśmy ponad 80 km. Spod Wieży Eiffla po raz pierwszy połączyliśmy się z Naszym Radiem, które było patronem medialnym wyprawy Sakw pełnych wspomnień. Relacje live można było usłyszeć trzy razy w tygodniu (poniedziałek, środa, piątek).

Następny poranek przywitał nas sporym zachmurzeniem i opadami deszczu. Cytując hit Internetu „Co tu zrobić?” – jak to co? Jechać dalej! Tak oto znaleźliśmy się w Wersalu – pierwszy posiłek tego dnia spożyliśmy w Ogrodach Wersalskich. Było zimno, więc ruszyliśmy dalej, by nie wyziębić się zbytnio. Cały pierwszy tydzień pod względem aury wyglądał podobnie i każdemu z nas zaczęło już to działać poważnie na nerwy. Na bieżąco kontaktowaliśmy się z naszym poznańskim centrum dowodzenia, w celu obserwacji pogody na następne dni. Prognozy podpowiadały, by nie marudzić, tylko jechać przed siebie, bo w oddali czeka słoneczna Barcelona. Tak też uczyniliśmy i po drodze do stolicy Katalonii zobaczyliśmy takie miejsca jak zamki nad Doliną Loary z Chateau De Chambord na czele, a także katedrę w Chartres i Sarlat, gdzie spotkaliśmy polskiego emigranta. Zapowiedzi zaczęły się sprawdzać i w drugim tygodniu jazdy temperatura skoczyła w górę, aż czasem popadała w skrajność, powodując częste przerwy na trasie z powodu ogromnych upałów. Nie dogodzisz! Jednak taki wariant okazał się dużo lepszy, ponieważ mogliśmy nadrabiać kilometry stracone na początku przygody. Po niezliczonych pagórkach Francji środkowej zaczęły się dość spore góry. Z uśmiechem na twarzy wietrzyliśmy się na zjazdach po wcześniejszych „rozkosznych” podjazdach… 18 lipca to dzień historyczny ze względu na pierwszą kąpiel i pierwsze pranie nad jeziorem Lac de Laprade Basse! Wraz z upływem kilometrów góry rosły i odnosiliśmy wrażenie, że nie mają zamiaru przestać. Zanim stanęliśmy twarzą w twarz z Pirenejami, zwiedziliśmy Carcassonne. Stwarzaliśmy zdziwienie na twarzach Japończyków i, chcąc nie chcąc, staliśmy się ich fotomodelami.

Ruszamy dalej! Sakwy stawały się coraz lżejsze, ponieważ kończyły nam się już zapasy zabrane z Polski. Od tej pory cały prowiant był nabywany na bieżąco. Ale to dobrze – mieliśmy mniej kilogramów do wepchnięcia na przełęcz Port d’Envalira. Dostaliśmy się na nią po wcześniejszym kilkudziesięciokilometrowym podjeździe. Andora zachwyciła nas pięknymi widokami, krowami, które były królowymi tamtejszych dróg, jednak sama aglomeracja sprawiała wrażenie jednego wielkiego marketu. Dalej zjechaliśmy prosto na ziemie gorącej Hiszpanii! Biwak, ognicho i piwko pozwoliły nam się odprężyć po największej przeszkodzie na trasie.

W następnych dniach ruszyliśmy na Barcelonę. Dzień przed wjazdem do stolicy Katalonii odłączył się od nas Robert, by podjechać na Montserrat. Spotkaliśmy się w Barcelonie pod Sagrada Familia. Miasto zachwyciło nas swoim klimatem, wszechobecną sztuką. Spotkaliśmy się tutaj z kilkoma Polakami, a wieczorem udaliśmy się na nocleg do naszego couchsurfera Uhvala. To u niego mogliśmy po raz pierwszy skorzystać z normalnej łazienki i zjeść porządną kolację, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczni.

Kolejny dzień to również zwiedzanie Barcy. Zajechaliśmy m.in. na Camp Nou i do Ogrodów Gaudiego. Przez cały czas towarzyszył nam Janusz – nasza maskotka. Tego samego dnia wieczorem ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w stronę Francji i Włoch. Początkowo nasze nogi cieszyły się z płaskiego wybrzeża, lecz Costa Brava urozmaiciła nam troszkę teren. Zahaczyliśmy o znany „polski” kurort Lloret de Mar oraz nurkowaliśmy w Tossa de Mar. Kolejne dni mijały pod znakiem pięknej pogody. By zachować równowagę musiał nadejść totalnie pechowy dzień. Najpierw z samego rana Robert odkrył dziury w swoich dętkach. Później Konrad uległ wywrotce pozostawiając na asfalcie kawałki odzieży i skóry ze swoich nóg. Jak widać pech nie dotknął mnie – chociaż było bardzo blisko. Podczas ulewy jeden z kierowców nie dostosował prędkości do panujących warunków i zatrzymał się dopiero na poboczu odbijając się wcześniej o barierki i gubiąc po drodze jedno z kół. Na całe szczęście nam jak i kierowcy nic się nie stało, choć od nieszczęścia dzieliły nas centymetry.

Głównymi atrakcjami południowego wybrzeża Francji na naszej trasie były Montpellier, Marsylia (gdzie w Zamku d’If chcieliśmy zostawić Konrada), Saint Tropez, Cannes i Nicea. To właśnie tam natknęliśmy się na żandarmów oraz wręczono nam Złote Palmy! Za Niceą znajdowało się kolejne państwo, które chcieliśmy zwiedzić – Monako. Przejechaliśmy się torem F1, w porcie zobaczyliśmy jachty, o których nam się nigdy nie śniło, wysłaliśmy pocztówki. By nie tracić czasu, ruszyliśmy dalej. Wieczorny obóz rozbiliśmy już po stronie włoskiej. Mniej więcej w tym okresie postanowiliśmy zmienić plany dotyczące naszej podróży. Niestety nie udało nam się odzyskać straconych kilometrów z pierwszego tygodnia wyprawy, więc korekta polegała na rezygnacji z Wenecji i skierowaniu się do Innsbrucka z Genui.

Początkowo trasa nie była zbyt wymagająca, aż do Genui. Wcześniej jednak przejechaliśmy przez San Remo, gdzie odbywa się znany Festiwal Piosenki Włoskiej. Zakochaliśmy się we włoskich drogach rowerowych! Cały świat powinien brać przykład z makaroniarzy. W okolicach miejscowości Imperia oddany dla ruchu rowerowego jest 1,5 km tunel! Tak, tak – wyłącznie dla braci rowerowej!

Pogoda sprzyjała, a my nie zamierzaliśmy z niej nie korzystać, w końcu były to nasze ostatnie chwile na wybrzeżu. Ostatnie plażowanie i nurkowanie – i kierunek Genua! Do miasta Kolumba dotarliśmy z samego rana, 2 sierpnia. Cały dzień minął pod znakiem deszczu. Nie załamywaliśmy się jednak i stworzyliśmy plan zwiedzania. Podzieliliśmy się rolami. Jedna osoba pilnowała sprzętu, druga zwiedzała, a trzecia ładowała sprzęty w McDonald’s. To ten sam plan, który wykorzystaliśmy w Monako i Andorze. Niestety, niemiłą niespodzianką był brak dostępu do Internetu nawet w tak ogromnej sieci restauracji Fast Food. Jak się okazało, po późniejszych konsultacjach z naszym adminem Moniką, we Włoszech o darmowe Wi-Fi jest bardzo ciężko. Dlatego podczas pobytu na terenie tego państwa nasza fotorelacja nie była realizowana w najmniejszym procencie. Tutaj trzeba kolejny raz podziękować Monice za aktualizowanie informacji o naszym położeniu i przebytych kilometrach na naszym fanpage’u. Po zrobieniu zdjęć katedrze San Lorenzo i galeonowi Neptun, ruszyliśmy na północ. Tak jak pisałem wcześniej, w Genui skończyła się nadmorska sielanka, a zaczął się podjazd, który przerywany był opadami deszczu. Wjechaliśmy w Apeniny. Musieliśmy się z nimi zaprzyjaźnić, by owocnie współpracować, aż do miejscowości Piacenza. Właśnie w tych górach po raz pierwszy w życiu ujrzałem świetliki, a miejsce obozu które znalazł dla nas Robert znajdzie się z pewnością na mojej prywatnej liście TOP 5 „noclegów na dziko”. Nie obyło się też bez problemów. Tym razem pech dopadł jednego z nas – ww. Roberta. Najpierw połamane szprychy, później upadek na jednym ze zjazdów. Na całe szczęście usterkę udało się szybko zlikwidować, a z przewrotki nasz operator kamery wyszedł bez szwanku.

W Piacenza uzupełniliśmy zapasy oraz połączyliśmy się z Naszym Radiem. Na antenie poinformowaliśmy słuchaczy o tym, że Robert odłączy się od nas przed wjazdem do Bolzano – lecz o tym później. Podczas obiadu rozłożyliśmy mapy i ustaliliśmy dalszą trasę. Piacenza > Brescia > Jezioro Garda > Trydent > Bolzano. Na tym odcinku odpuściliśmy atrakcje antropogeniczne i skupiliśmy się na przyrodzie. Dzięki temu zaoszczędziliśmy dość sporo czasu i mogliśmy wykręcić więcej kilometrów. Ruszyliśmy niziną Padańską w stronę Brescii mijając po drodze czerwone pola. Tak wielkiej ilości pomidorów nigdy nie widzieliśmy! Było to dla nas coś nowego. Uprawy pomidorów w tym rejonie były tak popularne, jak w Polsce uprawy zbóż.

Jezioro Garda jest największym jeziorem Włoch. Czystość jego wód robi wrażenie. Ponadto byliśmy w niebie, widząc wysokie alpejskie szczyty tuż przy brzegu jeziora. Niesamowity kontrast krajobrazu tego miejsca sprawia, że jest ono idealne do wypoczynku. My również postanowiliśmy z tego skorzystać i podczas przerwy obiadowej rozbiliśmy obóz na jego brzegu. Obiad, opalanie, nurkowanie i znów nadszedł czas jazdy. Trasa była dobrze wypoziomowana, lecz wymagało to wielkiego wysiłku inżynierów. Wzdłuż zachodniego wybrzeża jeziora ciągną się przez kilkadziesiąt kilometrów tunele. W Riva del Garda krótka przerwa na uzupełnienie płynów i psychiczne przygotowanie się przed wjazdem w Dolomity i Alpy – przeszkodę, której obawialiśmy się najbardziej. Już na pierwszych kilometrach za Riva del Garda po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak hoduje się kiwi. Prawie cały teren między Trydentem a Bolzano był zajęty przez uprawy winogron. Mamy nadzieję, że farmerzy nie zauważyli niewielkiego ubytku soczystych kulek! Ten odcinek był dla nas bardzo szybki i codziennie staraliśmy się przejechać około 130 km.

Z kolejnym dniem nadeszła chwila, kiedy to Robert ostatecznie odłączył się od nas. Na pożegnanie zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie, życzyliśmy sobie szczęścia w dalszych wojażach. Robert zmierzał do swoich przyjaciół, którzy czekali już na niego w Alpach w celu pieszych wędrówek po największych górach Europy. Niestety, wraz z Robertem odjechał sprzęt GoPro, więc od tej chwili razem z Konradem mogliśmy robić już tylko zdjęcia.

Godzinę po rozstaniu nadeszła pora na audycję radiową. Niestety nasze telefony zaczęły domagać się energii. Paniczne poszukiwania dostępu do gniazdka zakończyły się fiaskiem – siesta, wszystko pozamykane. Jak z nieba spadła nam dwójka Polaków i dzięki nim na czas audycji mogliśmy podłączyć się pod ich gniazdko samochodowe. Szczęście jednak zbyt długo nam nie sprzyjało. Jeszcze przed wyjazdem z miasta Konrad złapał kolejną gumę i trzeba było połatać dętki. Podczas przerwy skontaktowaliśmy się z naszą dobrą duszą w Innsbrucku.

Troszeczkę poirytowani włoską siestą i braku możliwości załatwienia czegokolwiek przez pół dnia, ruszyliśmy czym prędzej w stronę Tyrolu. Wspomnieć należy również, że ten region Włoch poza siestą i pizzerią na każdym rogu nie różni się niemal niczym od Austrii czy Niemiec. Wszędzie napisy, polecenia w języku niemieckim, wszędzie było słychać tylko ten jakże „piękny” język. Bolzano to również prawdopodobnie stolica elektrycznych rowerów. Prawie całe miasto poruszało się tylko za pomocą tego środka lokomocji.

By dojechać do Innsbrucka musieliśmy przemierzyć około 120 km. Początkowo trasa biegła wyłącznie pod górę, aż do granicy Włosko-Austriackiej. Dalej zjazd tylko w dół – co było kolejną niespodzianką. Zjazd ten towarzyszył nam aż do niemieckiej Bawarii. Lecz zanim dojechaliśmy do krainy piwa, w której mecze rozgrywa Robert Lewandowski, zawitaliśmy do stolicy Tyrolu – Innsbrucka. Tam przy klasztorze pod Bergisel czekał na nas ksiądz Grzegorz, który służył wcześniej w parafii w Sieradzu – skąd pochodzimy. Sprawdził się on wyśmienicie zarówno jako gospodarz, jak i przewodnik. Właśnie tutaj po raz drugi w czasie wyprawy mogliśmy skorzystać z normalnej łazienki, więc łatwo sobie wyobrazić, jak zareagowaliśmy na słuchawkę prysznica. Wieczorem nadeszła upragniona pora na sen w ultra-wygodnych łóżkach. Aż żal było wyjeżdżać rano dnia następnego. Jednak plan trzeba było zrealizować i przybić piątki z księdzem Grzegorzem. Jak się później okazało, nie u każdego duchownego można znaleźć nawet kawałek trawnika do rozbicia namiotu, dlatego jeszcze raz wielkie podziękowania kierujemy w stronę ojca Gregora.

Dalszy odcinek naszej trasy przebiegał wzdłuż rzeki Inn, aż do granicy z Niemcami. Po przejechaniu około 20 km od Innsbrucka przytrafił nam się kolejny problem. Konrad wkręcił w łańcuch przednią przerzutkę. Trochę nerwów, siłowania, ale udało się. Z nie do końca sprawnym rowerem (nie działał drugi bieg) pojechaliśmy dalej. Obóz rozbiliśmy na polanie 5 km od granicy. W nocy towarzyszył nam jakiś rogaty parzystokopytny, lecz nie mieliśmy szans go zobaczyć, mimo iż znajdował się w zaroślach kilkanaście metrów od nas.

Wjazd do Niemiec zaczęliśmy od poznania pewnych koleżanek. Szczególnie Konrad był zadowolony z tego faktu. Jego wełniaste przyjaciółki wręcz go uwielbiały i podążały za jego rowerem wydając dźwięk z zawieszonych na ich szyi alpejskich dzwonków. Pierwsze metry poza Austrią i już podjazdy. Człowiek zbyt szybko przyzwyczaja się do rzeczy wygodnych i nam też było tęskno za zjazdem wzdłuż Inn. Początkowo trasa przez naszych zachodnich sąsiadów przebiegała bez problemów. Spotkaliśmy nawet kilku Polaków z którymi zamieniliśmy kilka słów. Żeby nie było za dobrze to naszym rumakom zaczęły już dawać się we znaki przebyte kilometry. W sobotę wieczorem rozleciał się łańcuch w moim rowerze i popadliśmy w lekką panikę, ponieważ zostaliśmy bez skuwacza (rozleciał się wcześniej), a w Niemczech w niedziele jest wszystko zamknięte. Użyliśmy jednak niezawodnego sposobu „na siłę” i przy pomocy kombinerek i kamienia udało się zespoić łańcuch. Modliliśmy się tylko by wytrzymał chociaż do Czech. Wjazd do kraju pepików przysporzył nam troszeczkę zamieszania. Na mapie drogi graniczne wyglądały normalnie, jednak w rzeczywistości stały tam znaki „droga szybkiego ruchu” więc rowery wstępu nie miały. Udało nam się znaleźć ścieżkę rowerową, która prowadziła do południowego sąsiada.

Dzień przekroczenia granicy zaczął się niekorzystnie. Z nieba lały się litry wody, wiał zimny wiatr. Postanowiliśmy jednak zaryzykować i gnać do Czech. Przed samą granicą mój łańcuch znów nie wytrzymał, ale ponownie zastosowaliśmy wcześniej wymienioną technikę. Woda płynąca po ciele nie ułatwiała sprawy. W końcu udało nam się dojechać do miejscowości Železná Ruda. Tam na stacji benzynowej zrobiliśmy pit stop by nieco odpocząć. Krótka narada z Konradem i z centrum dowodzenia w Polsce i zmiana planów. Prognoza na kilka dni w tym rejonie miała się nie zmieniać, a my nie mieliśmy czasu by uczyć się pływać we własnym namiocie, dlatego postanowiliśmy przejechać pociągiem odcinek Železná Ruda – Praga. Było to około 180km. W drodze na dworzec mój ulubiony łańcuch powiedział „dość”. Zerwał się i nie było już mowy o domowych robótkach. Na całe szczęście przy stacji kolejowej był serwis rowerowy (chyba wiedzieli, że będziemy tamtędy jechać!). Sprawnie udało się wymienić problematyczną część i pognaliśmy na pociąg. Cali przemoczeni mogliśmy posiedzieć kilka godzin w ciepłym miejscu. Do stolicy Czech dotarliśmy około 16:00. Poszukaliśmy poczty, wysłaliśmy pocztówki i zaczęliśmy objazd po Pradze. Hradczany, Karlovy Most i inne miejsca wywarły na nas ogromne wrażenie. Mogłoby się wydawać, że ta część Europy nie będzie znana w świecie, a jednak na każdym rogu można było usłyszeć języki całego świata. Furorę robiły tutaj czeskie piwa i maskotki krecika. Sami nie omieszkaliśmy się zakupić na wieczór tego zacnego trunku. Zapadł zmrok, a my nie mieliśmy miejsca do spania. O wyjeździe z miasta o tej porze nie było mowy, dlatego krążyliśmy przez pewien czas po stolicy w poszukiwaniu „kempingu”. Udało nam się takowy znaleźć w okolicy O2 Areny.

Następnego dnia rano zaczęliśmy pedałować czym prędzej do domu. Pozostało nam już niewiele, a tęsknota za dziewczyną, rodziną, dobrym domowym posiłkiem, była ogromna. Zdziwieni byliśmy metodą wykonania czeskich dróg, odpowiednika dróg gminnych i powiatowych. Wszystkie były wykonane z kocich łbów co po całym dniu jazdy zaowocowało złamanymi szprychami w moim tylnym kole. Awarię zauważyliśmy kilka minut po zamknięciu czeskich sklepów i serwisów. Mimo to jeden z Czechów widząc nasz problem starał nam się pomóc i pukał razem z nami od drzwi do drzwi. Jednak bez skutku. Z taką usterką postanowiliśmy jechać kilkadziesiąt km do następnego miasta, by kolejnego dnia naprawić to co spowalniało mój bolid. W Trutnov’ie znaleźliśmy serwis, który szybko i  sprawnie naprawił usterkę. Dodatkowo dostaliśmy wskazówki od sprzedawcy, jak najlepiej kierować się w kierunku ojczyzny. Ten dzień był pełen przyjemności. Najpierw naprawa roweru, a później wjazd do kraju. Gdy zobaczyliśmy tabliczkę, „Polska 5 km” – ilość przebytych km w nogach nie miała znaczenia. Dostaliśmy extra energii, zmęczenie przestało dawać o sobie znać i obładowanymi rowerami gnaliśmy pod górę niemal 30 km/h! Uczucia wjazdu do Polski nie sposób opisać słowami. Świetnie było wrócić do tego, za czym człowiek tęsknił, za polskim bałaganem, za Biedronkami, za polską rzeczywistością. Nawet widok pijanych miglanców powodował uśmiech na naszych twarzach. Pierwszy postój, po stronie polskiej, mieliśmy w Lubawce. Od razu ruszyliśmy biegiem do cukierni po pączki i lody. Po tym słodkim posiłku, połączyliśmy się z Naszym Radiem (była to nasza ostatnia audycja przed powrotem do Sieradza). Dalej ruszyliśmy na obiad do Kamiennej Góry. Pewnie domyślacie się co zamówiliśmy na obiad. Tak tak – schabowy, ziemniaczki, suróweczki i zupa pomidorowa! Po ponad miesiącu na konserwach, smak ukochanego kotleta powalił nas na kolana :D. Po napełnieniu żołądków, skierowaliśmy się w kierunku Wałbrzycha, a dalej na Świebodzice. Tam, szukaliśmy noclegu po miejscowych parafiach i tak jak wcześniej wspomniałem, nie było to łatwe. W pierwszej parafii odmówiono nam trawnika. Było już ciemno i baliśmy się, że czeka nas nieprzespana noc. W drugiej parafii, księża okazali się bardziej serdeczni – dostaliśmy pozwolenie na postawienie obozu na cmentarnym trawniku :P. Pierwszy dzień w Polsce i telefony nie głuchły. Sieradzka baza dowodzenia zorganizowała nam nocleg na następny dzień w Oleśnicy. Tak więc plan na następny dzień nakreślił się sam. Trzeba było tylko dotrzeć do Wrocławia, zobaczyć co godne uwagi, a potem ruszyć dalej ku zaplanowanemu noclegowi.

Rano złożyliśmy namiot i pognaliśmy czym prędzej w kierunku stolicy Dolnego Śląska. Po drodze, Konrad miał przyjemność doszlifowania swojego fachu nabytego podczas wyprawy, a mianowicie, wymiany dętki. Mieliśmy przymusowy postój, więc by nie tracić czasu, gdy Konrad wymieniał dętkę, ja przygotowałem ekspresowe śniadanie. Jak się okazało, była to nasza ostatnia usterka na trasie . Do Wrocławia wjechaliśmy około południa. Zrobiliśmy rowerową rundkę po Starym Mieście, objechaliśmy kilka najważniejszych punktów miasta. Udaliśmy się też na upragniony kebab – z polecenia naszego znajomego. Wizytę we Wrocławiu zapamiętaliśmy jako udaną. Wyjechaliśmy z niego wieczorem i dotarliśmy do Oleśnicy na nocleg. Tam szybka przepierka, kąpiel i sen. W głowach mieliśmy ciągle myśli o wjeździe do Sieradza. Mieliśmy to zrobić już następnego dnia rano. Nie mogliśmy uwierzyć, że udało nam się pokonać trasę z Paryża do Sieradza przez Barcelonę, Marsylię, Genuę, Innsbruck i Pragę. Pełni energii spakowaliśmy rowery i ruszyliśmy w ostatni odcinek wyprawy. Po drodze zatrzymaliśmy się na tankowanie naszych bryk i kierunek na Sieradz obrany :) Gnaliśmy niczym TGV. Przez pół dnia zrobiliśmy około 120 km. Takiego tempa nie mieliśmy podczas całej podróży. Do Sieradza wjechaliśmy po godzinie 15. Przywitała nas na Rynku Starego Miasta rodzina, znajomi i reporter Naszego Radia. Nie spodziewaliśmy się tak ciepłego przyjęcia. Niespodzianek nie zabrakło. Obecność mojej dziewczyny, szampan, kwiaty – powitanie godne Rafała Majki po Tour de Pologne .

Pomysł na wyjazd narodził się jesienią 2013. Plany były realizowane skrupulatnie, choć nie obyło się bez niedociągnięć. Idea wyprawy spotkał się początkowo z dość sporym sprzeciwem, lecz z upływem czasu zyskiwaliśmy zwolenników. Dla Roberta i Konrada podróże to nie pierwszyzna. Wcześniej podróżowali razem autostopem po Bałkanach oraz rowerem do Chorwacji. Robert solo przeżył również kilka innych wypraw. Dla mnie było to coś nowego, coś czego nigdy wcześniej nie przeżyłem, nie doświadczyłem. Podczas podróży nauczyłem się pokory, cierpliwości i jedzenia pasztetu :P. Taką szkołę życia powinien przejść każdy. Zwiedziliśmy naprawdę spory kawałek starego kontynentu, ale jak to mówią „daj palec, a będą chcieli całą rękę”. Mianowicie, urosły nam apetyty i tęsknimy za okresem, kiedy cały dzień kręciliśmy kilometry. Plan na następną wyprawę jeszcze nie powstał, ale pewne jest to, że odbędzie się coś podobnego w składzie powiększonym o naszego admina – Monikę. Tak więc dość pisania, czas szykować formę na kolejne wojaże! Hej!

Autor relacji: Paweł Nowakowski

Chłopaków szukajcie tutaj: https://www.facebook.com/sakwypelnewspomnien

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalaj na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą jakość przeglądania. Jeśli będziesz nadal korzystać z tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz „Akceptuję” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij