Tandemiarze na Islandii

Kupiliśmy tandem. I bilety na Islandię. Szalony pomysł! Dlaczego? Może dlatego, że w chwili rezerwowania miejsc w samolocie nie mieliśmy za sobą ani jednej przejażdżki na naszym rowerze? Trzeba tez dodać, że ja nie jestem „rowerową” dziewczyna i miała to być pierwsza taka moja wyprawa. Jeśli to Wam nie wystarczy, to pomyślcie, że to ja namówiłam Joachima na wyjazd! No i tandem. Kto normalny jeździ na tak dziwnym rowerze?

Kupno biletów okazało się jedną z najprostszych rzeczy do załatwienia. Do wylotu mieliśmy niewiele ponad miesiąc, więc zabraliśmy się za intensywne przygotowania. Joachim miał się zająć rowerem i kompletowaniem sprzętu kempingowego, a ja zbieraniem informacji o Islandii i rowerowymi treningami. O ile z pierwszym nie było problemów, to do drugiego wstyd się przyznać… Nie dość, że nie mam własnego roweru (no chyba, że liczy się ten z komunii), to jeszcze na rower musiał wyganiać mnie tata (cytuję: Idź jeździć, bo Joachim nie będzie cię przecież ciągnął!). Miesiąc minął szybko, a mój rekordowo długi, dziewięćdziesięciokilometrowy rowerowy przejazd odbyłam z Joachimem na tandemie. Na Islandii.

Zawsze pod wiatr

Islandia znana jest z pięknych widoków, zmiennej pogody i wiatru. O tym, że wieje (i to jak!) przekonaliśmy się już na samym początku naszych wakacji. Złożyliśmy rower, zapakowaliśmy sakwy i wyjechaliśmy z lotniska. W Keflaviku przywitał nas deszcz i spychający z drogi wiatr. Stwierdziliśmy więc, że najlepszym rozwiązaniem będzie pojechać do Reykiaviku i tam zdecydować, co dalej. W stolicy dowiedzieliśmy się, że gdzie byśmy nie pojechali, to i tak mamy pod wiatr. Padła decyzja, że jedziemy Ring Roadem na południe.

Pogoda zaskoczyła rowerzystów

Przejazd z Reykiaviku nad jezioro Jökulsárlón zajął nam sześć dni i były to najpiękniejsze dni naszego wyjazdu. Nie walczyliśmy z wiatrem i nie spadła na nas ani kropelka deszczu. Mieliśmy okazję zobaczyć wiele pięknych wodospadów, porośnięte mchem pola lawowe, poczuć charakterystyczny zapach siaki, zobaczyć  czarna plażę w Vik, by wreszcie dotrzeć do gwoździa programu –  Jökulsárlón. Dzień, w którym stanęliśmy nad taflą jeziora na pewno zapamiętamy na długo. I to nie tylko ze względu na niesamowity widok. Ale od początku. Szóstego, feralnego dnia Joachim rozpływał się nad tym jak świeci słońce, a dodatkowy wiatr w plecy odciąża nas w jeździe. I było pięknie dopóki ten miły wietrzyk nie zmienił się w boczny huraganowy wiatr, który zepchnął nas z drogi. Wylądowaliśmy w rowie, gdzie siedzieliśmy godzinę mając nadzieję, że może za chwilę będzie wiało trochę słabiej. Po godzinie stwierdziliśmy, że trzeba ruszać, ale wsiąść na rower nie było szans. Prowadziliśmy więc rower kilkanaście kilometrów, aż do zmiany kierunku jazdy. Wreszcie mogliśmy jechać, tym razem pod wiatr. Gdy dotarliśmy pod lagunę lodowcową przeżyliśmy déjà vu. Kolejna fala porywistego wiatru nie pozwalała nam nawet utrzymać roweru. I choć marzyliśmy o noclegu tuż pod lodowcem, rozbiliśmy się dopiero kilka kilometrów dalej.  Następnego dnia zdecydowaliśmy, że wsiądziemy w autobus i wrócimy do Selfoss. Byliśmy nie tylko zmęczeni walką z wiatrem, ale wiedzieliśmy, że zostało nam coraz mniej czasu na wyspie.

Dlaczego nie widzieliśmy gejzerów

Dzień, który spędziliśmy w autobusie był naszym ostatnim bezdeszczowym dniem na Islandii. Następnego dnia, kiedy chcieliśmy jechać w stronę gejzerów lało niemiłosiernie. Wiedzieliśmy jednak, że pogoda nie zmieni się przez kilka kolejnych dni i nie ma co odkładać wyjazdu. Ubraliśmy więc nasze przeciwdeszczaki i ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy w stronę Złotego Kręgu, a po drodze zatrzymaliśmy się przy kraterze Kerið. Tego dnia mało rozmawialiśmy, bo deszczowa pogoda bardziej skłaniała do rozmyślań. Jedziemy dalej, cieszymy się, że za 20 kilometrów będziemy u celu, a tu nagle puuuu! Pękła nam opona! I nie myślcie sobie, że nie byliśmy przygotowani na taką ewentualność. Przez cały wyjazd woziliśmy ze sobą zapasową oponę, jednak i ta okazała się uszkodzona. Zmieniliśmy dętkę, a taśmą macgyverką próbowaliśmy zakleić oponę. Nic to jednak nie dało. Pada, wieje, zaczyna się ściemniać,  a miejsca na rozbicie namiotu brak. Podjęliśmy decyzję, że łapiemy stopa i jedziemy do najbliższego miasta, czyli Selfoss. Złapanie stopa zajęło nam sporo czasu. Boczna droga, mały ruch, dodatkowo rower i sakwy nie zachęcały kierowców do zatrzymania się. Wreszcie po dwóch godzinach czekania udało nam się zapakować do jeepa prowadzonego przez sparaliżowanego Islandczyka i jego wesołą żonę pochodzącą z Australii. Przypadek? (Joachim przez jakiś czas był sparaliżowany, a sprawność odzyskiwał jeżdżąc rowerem właśnie po australijskich bezkresach.) I mimo, że nie było im zupełnie po drodze odwieźli nas na sam kemping w Selfoss.

Klątwa Selfoss

Do Selfoss dotarliśmy późnym wieczorem. Następnego dnia rano niczego nieświadomi wybraliśmy się do sklepu rowerowego, gdzie pocałowaliśmy klamkę. Niedziela, niczego nie załatwimy. Tę samą wycieczkę powtórzyliśmy w poniedziałek. Tym razem wracaliśmy ze sklepu z nowa oponą! Mimo ciągle padającego deszczu byliśmy szczęśliwi, że zaraz ruszymy dalej. Joachim zabrał się za zmianę opony, a ja za zwijanie obozu. Nasza radość nie trwała jednak długo. Jechało nam się dziwnie ciężko, ale żadne nie odezwało się nawet słowem. Ledwo wyjechaliśmy w miasta, pierwsza górka, okazuje się, że przerzutki z rowerze ani drgną. Zjeżdżamy na stację benzynową. Joachim sprawdza, co się stało. Okazuje się, że nie działają nam nie tylko przerzutki, ale i hamulce. Przez pół dnia próbujemy je naprawić. Niestety bezskutecznie. Znów musimy wrócić do miasta. Joachim, a wraz z nim połowa kempingowiczów próbują naprawić tandem. Sprawdzamy pogodę na kolejne dni. I ta nam nie sprzyja. Cały czas pada i coraz mocniej wieje. Kolejny raz jesteśmy zmuszeni wsiąść do autobusu. Jedziemy do stolicy Islandii, skąd dwa dni później ruszamy na lotnisko i wracamy do domu.

Islandia vs. My

Może nie zrobiliśmy zawrotnej liczby kilometrów, nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy zobaczyć, ale po powrocie z Islandii nie czujemy się przegrani. Zmierzyliśmy się z jazdą w niesprzyjających warunkach, deszczem i spychającym z drogi wiatrem. Walczyliśmy z psującym się rowerem.  Sprawdziliśmy się, jako podróżniczy duet. Przeżyliśmy przygodę, której na pewno długo nie zapomnimy. Nie było łatwo, ale kto powiedział, że będzie? Czy zrobilibyśmy to jeszcze raz?  Bez wątpienia! Wiemy, że kiedyś tam wrócimy. Na dłużej i z lepszym rowerem.

Jest wiele osób bez których nasz wyjazd nie doszedłby do skutku i którym chcielibyśmy podziękować. Naszym Rodzicom – za wszystko! Pomoc w kompletowaniu sprzętu, cierpliwość, transport i wsparcie.  Idze, za pomoc techniczną. Siostra, jesteś najlepsza! Naszym przyjaciołom, Kai oraz Ince i Olkowi, bez których do dziś nie przyszłoby nam do głowy, żeby jeździć na tandemie. Podróżnikom Grzegorzowi Gawlikowi,  Szymonowi z Znjakraj.pl i Bartkowi z Tuitam.net za wszystkie rady! Crosso i Pani Kasi za wypożyczenie sakw i miła współpracę. Oraz wszystkim, którzy nam kibicowali. Dziękujemy!

Dominika i Joachim

https://tandemiarze.wordpress.com/

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close