Rowerową podroż do Mongolii wymarzyliśmy sobie w 2013 roku, jeszcze w Indiach, kiedy to razem z Diuną szliśmy przez Himalaje Garhwalu. Ten dwumiesięczny marsz z jednoroczną wówczas suką rasy wilczak czechosłowacki scementował naszą trójkę, staliśmy się wówczas watahą. Diuna w Indiach dorosła, a po powrocie mogła zacząć trenować długodystansowe biegi przy rowerze. Do Mongolii również mieliśmy ruszyć razem, a jako cel postawiliśmy sobie przejście z Diuną 1000 km przez góry (w Himalajach bez wsparcia z zewnątrz i o własnych siłach pokonaliśmy dystans o połowę krótszy).

Dlaczego zdecydowaliśmy się na Mongolię? Oboje z Agi kochamy góry, a jako podróżnicy czujemy się współczesnymi spadkobiercami nomadów, Diuna uwielbia przebywać w otwartej przestrzeni, a w jej żyłach płynie odrobina wilczej krwi (wilczak czechosłowacki to rasa powstała ze skrzyżowania owczarka niemieckiego z wilkiem). To dlatego ciągnie nas do kraju otwartych przestrzeni, dzikich gór, wędrownych ludów i wilków. W 2014 roku chcieliśmy wyruszyć w marsz przez pasmo górskie Tavan Bogd oraz Tsambagarav, wejść na najwyższy szczyt Mongolii (Chujten, 4374 m n.p.m.), a przy okazji poznać i udokumentować, jak dziś wygląda życie nomadów w bezkresnym stepie w kraju, którego gospodarka należy do najszybciej rozwijających się na świecie. Jak kraj opisywany przez zagraniczne przewodniki jako nomadyczny przekształcił się w gospodarkę bazującą na wydobyciu surowców naturalnych. Czy wędrowni Mongołowie osiedli w miastach, czy porzucili swoje stada kosztem dobrze płatnej pracy w kopalniach?

Interesowała nas również nieoczywista rola wilka w kulturze Mongolii. Z jednej strony, według tradycyjnych wierzeń Czingis-Han, a zatem wszyscy mieszkańcy kraju uznający się za jego potomków, wywodzą się od wilka. Z drugiej strony wilki traktowane są jako odwieczne zagrożenie dla wypasanych na stepach stad i masowo tępione. Dzisiaj zagrożenie płynie też z innej strony – wiele mongolskich biur podróży ma w swojej ofercie polowania, także na wilki. Intrygowało nas zatem to, jak Mongołowie wywodzący się od mitycznego wilka prowadzą bogatych turystów na polowania.

Dlaczego ruszyliśmy na rowerach? To, co najbardziej interesuje nas w podróżowaniu – spotkania z ludźmi i przyrodą – często umyka, gdy świat ogląda się z okna samochodu lub samolotu. Wprawdzie podróżując samolotem z Polski do Azji docieramy na miejsce przeznaczenia już po kilkunastu godzinach, ale bezpowrotnie tracimy doświadczenie wynikające z faktu powolnego pokonywania przestrzeni geograficznej. Siedząc wygodnie w samolocie, popijając drinki serwowane na pokładzie, patrząc przez okienko samolotu i okazjonalnie ścierając pot z czoła podczas turbulencji nie możemy powiedzieć, że odbyliśmy prawdziwą podróż. Podobnie jest z samochodem. Jadąc kilkadziesiąt kilometrów na godzinę nie jesteśmy w stanie zarejestrować wszystkiego, co za oknem. Nasz kontakt z rzeczywistością sprowadza się wówczas do postojów na stacjach benzynowych, czy też w przydrożnych barach.

Co innego rower, ten środek transportu daje nam wolność podróżowania i odrobinę wiatru we włosach. W ciągu dnia docieramy szybciej i dalej niż gdybyśmy poruszali się pieszo, ale wciąż podróżujemy na tyle wolno, żeby wszystkimi zmysłami świadomie chłonąć otaczający nas świat. Rower wydał nam się idealnym środkiem transportu. Atrakcyjna była też dla nas idea, że wszystko będzie zależało tylko i wyłącznie od nas (no może nie licząc innych uczestników ruchu drogowego). Energia, którą włożymy podczas codziennej jazdy, wysiłek fizyczny i pot na czole, to wszystko przełoży się na kilometry, które przejedziemy każdego dnia. Lecąc do Mongolii samolotem lub jadąc samochodem nie moglibyśmy zrealizować naszego sportowego założenia – pokonania ponad 6000 km własnymi siłami.

Ale jak dotrzeć na rowerach z Polski do Mongolii? I do tego jeszcze z psem? Dwumiesięczny trekking przez indyjskie Himalaje nauczył nas, ze podróżowanie z Diuną nie jest łatwe, ale daje nam wiele satysfakcji i sprawia, że pies staje się prawdziwym członkiem rodziny, a my jesteśmy bardziej odpowiedzialni, nie tylko za siebie. Wiedzieliśmy zatem, że w kolejną, jeszcze bardziej szaloną podróż znowu ruszymy razem. Najpierw musieliśmy rozwiązać kilka logistycznych problemów. Przygotowania do podroży zajęły nam w sumie dziewięć miesięcy, a głównym problemem, z jakim musieliśmy się w tym czasie zmierzyć, był zakup dużej liczby kosztownego sprzętu (np. rowerów), zorganizowanie wiz (białoruskiej, rosyjskiej i mongolskiej), wybór odpowiedniego ubezpieczenia, które chroniłoby nas w tak skomplikowanej podróży (trwającej 5 miesięcy i składającej się z dwóch części: rowerowej i trekkingowej). W międzyczasie kilka razy zmienialiśmy plany obserwując jak rozwija się konflikt na Krymie (początkowo nasza trasa biegła przez Ukrainę, wraz z rozpoczęciem walk na granicy ukraińsko-rosyjskiej postanowiliśmy jechać przez Białoruś).

Po podróży przez Himalaje Garhwalu nasz budżet był w opłakanym stanie, na szczęście udało nam się przekonać firmę Grey Wolf do objęcia patronatem naszego szalonego przedsięwzięcia. Kilka firm wsparło nas też sprzętowo (np. Crosso wyposażyło nas w sakwy rowerowe, BikeOVO dostarczyło przyczepkę rowerową NordicCab dla Diuny, Ruffwear zapewnił uprząż z sakwami, Paker karimaty Thermarest, Cumulus kurtki, Planet Pet Society zapas psiej karmy, a HTC przekazało telefon HTC One, za pomocą którego utrzymywaliśmy kontakt z naszymi bliskimi w Polsce).

Po kilku miesiącach marzeń, planowania i intensywnych przygotowań (pod okiem Kuby z przychodni „Podaj Łapę” ćwiczyliśmy np. proste zabiegi chirurgiczne i psią pierwszą pomoc, przebiegliśmy z Diuną ponad 600 km ćwicząc kondycję), w ostatnim tygodniu kwietnia oddaliśmy klucze do wynajętego mieszkania, zapakowaliśmy sukę do przyczepki i wsiedliśmy na rowery. Przez pierwsze dziesięć kilometrów towarzyszył nam nasz przyjaciel Andrzej, właściciel suki wilczaka o imieniu Biesa. Pożegnaliśmy się z nimi na skraju Lasu Kabackiego w Warszawie i od tej chwili zostaliśmy sami – dwoje ludzi i pies. Jak wataha, staja, wilcza rodzina – mieliśmy liczyć tylko na siebie. W dobrych i trudnych chwilach, przez najbliższe 149 dni.

Nasz szalony plan zakładał, że tym razem, zanim ruszymy w dwumiesięczny spacer z psem, 6000 km z Polski do Mongolii pokonamy na rowerach. I tu pojawił się kolejny problem. Dorosły, zdrowy wilczak czechosłowacki może przebiec przy rowerze ok. 40 km dziennie z prędkością 12 km/h, czyli normalnym wilczym truchtem. Gdybyśmy chcieli podróżować w tym tempie, samo dotarcie do Mongolii zajęłoby nam 150 dni, a nasza wiza do Rosji była ważna tylko przez 90! Pies może wprawdzie biec szybciej przy rowerze (nawet 20-30 km/h), jednakże nie dałoby się utrzymać takiego tempa dzień w dzień, poza tym odbiło by się to negatywnie na jego zdrowiu. Musieliśmy więc poszukać innego rozwiązania.

Postanowiliśmy, że większość podróży Diuna odbędzie w dziecięcej przyczepce rowerowej NordicCab 5-w-1, którą w Ałtaju Mongolskim przerobimy na przyczepkę cargo mocowaną uprzęży, która w takim układzie może być ciągnięta przez człowieka. W ten sposób dowieziemy nasz sprzęt biwakowy i zapas jedzenia na sam lodowiec Potanina w Ałtaju Mongolskim.

No tak, tylko jak przekonać czworonoga do podróżowania w „tym dziwnym, obcym czymś zrobionym z plastiku”? Psy z dużą podejrzliwością podchodzą do nowych rzeczy, zazwyczaj trzeba czasu, by je oswoić. Na kilka tygodni przed wyjazdem przyczepka stanęła w naszym domu w miejscu, gdzie dotychczas znajdowało się legowisko Diuny. I choć przez pierwszych kilka dni suka odnosiła się do niej z dużym dystansem, po upływie tygodnia zaczęła traktować ją jak swoje posłanie – o to nam właśnie chodziło. Kolejnym etapem było przyzwyczajanie naszego psa do podróżowania w poruszającej się przyczepce. Nie było to łatwe. Pierwsze, trwające zaledwie kilka minut przejażdżki kończyły się zniecierpliwieniem Diuny okazywanym piskiem przechodzącym w wilcze wycie, z każdą kolejna próbą było jednak łatwiej i po kilku dniach (ćwiczyliśmy codziennie) mogliśmy już odbywać wspólne półgodzinne przejażdżki wokół osiedla.

Pięć miesięcy minęło błyskawicznie. W tym czasie przejechaliśmy na rowerach ponad 6140 km, pięć razy przekraczaliśmy granice, przejechaliśmy płaską Białoruś i zachodnią część Rosji, by dotrzeć na druga stronę Uralu (Oj! Nie było już płasko), tu, gdzie kończy się Europa, a zaczyna Azja. Wjechaliśmy na stepy przy granicy z Kazachstanem, by potem w Nowosybirsku odbić na południe jadąc przez Ałtaj malowniczym traktem czujskim. W końcu, po 84 dniach w podróży zatrzymaliśmy się przy masywnym płocie oddzielającym Rosję od Mongolii.

Staraliśmy się codziennie wykonać nasz plan minimum – przejechać ok. 80 kilometrów na rowerze. Nie jest to porywająca liczba, ale nasz bagaż liczy ponad 80 kg. Z tego przednie sakwy w całości zapełnione są przez zapas psiej karmy, którą wieziemy z Polski. Wychodzi ponad 40 kg wysokoenergetycznych chrupków, których da się kupić w Rosji. Do tego Diuna ważąca ponad 27 kg, kilkunastokilogramowa przyczepka oraz psie akcesoria niezbędne w drugiej części naszej podróży, czyli marszu przez Ałtaj Mongolski. W sumie suka i jej akcesoria ważą ponad 90 kilogramów.

Diuna biegła dziennie od 20 do 30 km, resztę drogi spędzała w przyczepce. Siłą rzeczy taka podróż odbywała się w tempie „slow” – pierwsze dwie godziny jazdy zawsze były czasem dla Diuny, jej porannym truchtem przy rowerze, potem zaczynała się powolna jazda z obciążoną przyczepką. Sytuacja komplikowała się wraz z pojawieniem gór (Ural i Ałtaj), gdzie 7- i więcej procentowe podjazdy zmuszały nas do pchania roweru z przyczepką (Diuna wtedy niespiesznie szła przy rowerze). W czasie podróży przez góry nasz dzienny „urobek” spadał do 40-50 km.

Na początku naszej drogi wielokrotnie zastanawialiśmy się „jak to będzie”? Czy obecność psa będzie nam utrudniać kontakt z ludźmi, czy wręcz przeciwnie – otwierać ich serca? Dziś wiemy już, że dzięki obecności Diuny wszędzie tam, gdzie się pojawimy, przywołujemy uśmiechy na twarzach kierowców, przechodniów a nawet policjantów, którzy chętnie nas zatrzymywali tylko po to, by zapytać skąd i dokąd jedziemy oraz życzyć szerokiej drogi. Kiedy w Rosji zatrzymujemy się w przydrożnych barach, Diuna zazwyczaj wchodzi do środka z nami i układa się pod stołem czekając na swój przydział jedzenia. Zazwyczaj nie czeka długo, a jedzenie dostaje nie od nas, ale przypadkowych klientów, którzy chętnie dzielą się z nią resztkami swojego posiłku, a obsługa baru przynosi całkiem spore skrawki mięsa. Nikt też nie przechodzi obok nas obojętnie – widok psa powoduje, że każdy chce zamienić z nami choć kilka słów, a przy okazji opowiedzieć nam historię swojego życia. Na uralskiej M5 jesteśmy atrakcją – każdy przejeżdżający motocykl, samochód czy też TIR wita się z nami klaksonem, a kierowcy odrywają wzrok od przedniej szyby i wyglądają przez okna z niedowierzaniem. Po miesiącu spotykamy pierwszego rowerzystę jadącego poza miastem. Cieszymy się jak dzieci, bo do tej pory nikt oprócz nas nie zapuszczał się na rosyjskie drogi na rowerze (co innego jazda po mieście – w większych miejscowościach widujemy nawet profesjonalnych kolarzy).

W podróży, jak w życiu, wiele zależy od przypadku… To właśnie splot wielu niesprzyjających okoliczności sprawił, że nie udało nam się zrealizować wszystkich zakładanych celów. Udało się naprawdę wiele – prawie wszystko, ale „prawie” w czasie podróży robi ogromną różnicę. Planowaliśmy 1000 km dogtrekkingu przez Ałtaj Mongolski, niestety życie zweryfikowało nasz plan – długotrwała podróż rowerowa przez Rosję zrujnowała nasz mocno ograniczony budżet, nie mieliśmy wystarczająco dużo środków na sfinansowanie tak długiego marszu, a logistyka okazała się zbyt skomplikowana. Co się stało? Nasz depozyt, który miał wystarczyć na miesiąc marszu przez step (zapas jedzenia, psiej karmy i gazu) nie dojechał w góry Tavan Bogd. Do tego zepsuła nam się przyczepka, która tak dzielnie znosiła trudy podróży (tutaj wielkie podziękowania dla firmy BikeOVO, która w ciągu 2 tygodni dosłała nam do Bayan Olgij 2 nowe koła do przyczepki. Dzięki temu mogliśmy kontynuować naszą podróż). Mimo to udało nam się wejść z Diuną na 4-tysięczny szczyt Malchina w Ałtaju Mongolskim (ok. 4030 m n.p.m.), a potem pojechać rowerami pod górę Tsambagaraw, skąd wycofaliśmy się ze względów bezpieczeństwa z wysokości ok. 4054 m n.p.m.

To nie była łatwa podróż, ale pomimo wielu perypetii i trudnych chwil możemy śmiało stwierdzić, że warto było znowu wyruszyć z Diuną tam, gdzie spełniają się marzenia.

Przemek Bucharowski, Agata Włodarczyk

Zapraszamy na stronę Watahy.

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalaj na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą jakość przeglądania. Jeśli będziesz nadal korzystać z tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz „Akceptuję” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij