Tegoroczne wakacje miały być dla naszej dwójki, podróżujących do tej pory głównie stopem, autobusem i pociągiem, okazją do pierwszej dłuższej jazdy z sakwami, jak i rozgrzewką przed nieograniczoną czasem rowerową włóczęgą, w którą ruszymy za rok. Niedługo przed wyjazdem Anelowi przydarzył się wypadek (rowerowy, sic!), który uniemożliwił planowany przejazd wzdłuż łuku Karpat przez Słowację i Rumunię, aż do Belgradu.

Zdecydowaliśmy się na, przynajmniej w zamierzeniu, kompromisowy i mniej wymagający wariant, czyli kilka parodniowych pętli w północnej Czarnogórze oraz Bośni i Hercegowinie. W punktach startowych zostawialiśmy samochód i przesiadaliśmy się na rowery. Formuła ta początkowo wydawała nam się to trochę dziwaczna i zbyt luksusowa jak na nasze podróżnicze standardy, po cichu zazdrościliśmy też spotykanym rowerzystom będącym w dłuższych trasach, ale nie pozostawało nam nic innego niż pogodzić się z karmą. W ciągu czterech sierpniowo-wrześniowych tygodni poznaliśmy różne twarze szutrowej drogi, przekonaliśmy się o wyższości termosu nad bidonem, przyzwyczailiśmy się do obciążenia sakwami, a pod koniec nawet zaczęliśmy łapać, co w której z nich mamy. W końcu trochę nabraliśmy tempa. To pewnie tylko kropla w morzu wobec tego, co niedługo przed nami. Wróciliśmy z ogromnym zapałem do dalszego pedałowania i zapasami energii na przetrwanie zimy.

Masyw czarnogórskiego Durmitoru znaliśmy dotąd z perspektywy pieszych szlaków, a tym razem mieliśmy zmierzyć się z krętymi asfaltowymi drogami wiodącymi przez wysokogórskie pastwiska, przełęcze i doliny. To potencjalnie najchłodniejsze miejsce spośród kilku, które wytypowaliśmy, okazało się niemiłosiernie gorące, ale nie był to powód do narzekań – z zasady wolimy zmagać się z upałem niż jazdę w zimnie i strugach deszczu. Ruszyliśmy ze Szćepan Polja, mekki raftingu tuż na wjeździe do Czarnogóry. Właściwie wskoczyliśmy na trasę jeszcze na ziemi niczyjej, gdzie dokładnie między budkami granicznymi, po przekroczeniu mostu na Tarze, droga odbija w lewo, w stronę Crkviczkog Polja, leżącego w obrębie Parku Krajobrazowego Piwa. Wspinając się wzdłuż kanionu rzeki nie wiedzieliśmy, czy nasze zawrotne tempo bierze się z tego, że jesteśmy aż tak na bakier z jazdą pod górę przy sporym załadunku, czy trafiliśmy na solidne przewyższenie na krótkim dystansie, przy 35 stopniach w cieniu. Prawda chyba była gdzieś pośrodku.

Już 12 km dalej wąwóz rzeki Tary pozostał tylko wspomnieniem, a przed nami wyłonił się pagórkowaty płaskowyż, pokryty niskopienną roślinnością. Po przeszukaniu wsi pod kątem miejsca na namiot i pitnej wody, na biwak wybraliśmy małą skarpę tuż obok domu upamiętniającego partyzancki szpital, działający tu w czasie II wojny, a dziś służący jako schronienie dla przyjezdnych. Crkviczko Polje, położone na 1100 m n.p.m., jest opustoszałą wsią zamieszkiwaną w sezonie letnim, najmniej ruchliwą i turystyczną na naszej trasie. Spokój tego miejsca udzielił nam się kolejnego ranka, kiedy w rozleniwieniu szykowaliśmy się do dalszej drogi. Ze wsi trasa zaprowadziła nas do lasu, gdzie przez kilka kolejnych kilometrów pedałowaliśmy pod górę po stromych serpentynach. W wytrwałej wspinaczce utrzymywały nas cień oraz świadomość, że na przełęczy Graba czeka lodowate źródełko. Tam wraz z południową sjestą rozpoczęła się przyjemniejsza część dnia – leśny zjazd z przełęczy, a następnie wyjazd na otwartą przestrzeń. Droga przecinająca zbocze prowadziła na zmianę pod górę i w dół, odkrywając w dole falujące mikrowzniesienia, pokryte suchą, pożółkłą trawą, od czasu do czasu przetykane małymi skupiskami letnich domów, w oddali otoczone górami. Przed sobą mieliśmy Durmitor, za sobą – masyw Maglića.

Przed wieczorem dotarliśmy do leżącej w środku niczego wsi Trsa. Mały czarnogórski dziki zachód. Delektowaliśmy się przestrzenią i ciszą, przerywaną czasem przez podróżujących motocyklistów i domowe zwierzęta. Tu nikomu się nie spieszy, czas jakby się zatrzymał. Można zjeść, wypić, a nawet przenocować. Kupić na wynos wyśmienity domowy chleb i jeszcze lepszy świeży krowi ser. Skorzystać z toalety i uzupełnić zapasy wody, po raz pierwszy od przełęczy Graba. Raj dla rowerzysty. Rozbiliśmy namiot na pagórku tuż za wsią… na trasie niedźwiedzia? Nie mieliśmy pewności, ale kilka domysłów. Wystarczająco, żeby w połowie nocy zebrać manatki i ruszyć tuż przed świtem. Był to skądinąd zbawienny pomysł, gdy w perspektywie mieliśmy 41 kilometrową trasę w pełnym słońcu, w tym wspinaczkę na 1900 m w temperaturze, która zdawała się rosnąć wraz z wysokością.

Zanim zaczęło nam doskwierać palące słońce, cyfry na liczniku zmieniały się dość płynnie wraz z łagodnymi zjazdami i podjazdami. W Boriczju, opustoszałej wsi z boiskiem do streetballa wyrysowanym na środku wąskiej asfaltowej drogi, zaczęła się konkretna wspinaczka. Długa trasa wiodła przez środek najwyższej części parku narodowego, pomiędzy wysokimi górami porośniętymi pożółkłą trawą i zakończonymi skalnymi koronami. Brakowało nam możliwości schłodzenia się w zimnej wodzie (jedyne źródło znaleźliśmy na wypłaszczeniu pod koniec Todorovego dołu, przed szczytem Prutasz) i postojów w cieniu, którego bezskutecznie szukaliśmy pod nielicznymi krzewami. Z nieba lał się żar, a po nas pot, ale wraz z niesamowitymi widokami pojawiła się adrenalina, która wspierała nas w walce z temperaturą i wzniesieniami. Koniec wspinaczki zmaterializował się wreszcie na przełęczy Sedlo, popularnej wśród turystów odwiedzających ją samochodami. Następujący po niej stromy zjazd był największą przyjemnością, jaka mogła nam się przytrafić, a przy okazji potwierdził nasze obawy przed obieraniem trasy w przeciwnym kierunku. Popołudnie spędziliśmy w Żabljaku, mało przyjemnym durmitorskim kurorcie, korzystając z prysznica na kampingu, uzupełniając zapasy i wciągając na kolację szpinakową pitę wraz ze słodkim deserem.

Następny dzień zaczął się leniwie. Po nieśpiesznej pożegnalnej kawie z właścicielem kampingu, ruszyliśmy w drogę, którą z początku pokonywaliśmy bardzo wolno, ze względu na liczne postoje na konsumpcję ogromnej ilości aromatycznych malin, jagód i poziomek, bujnie rosnących wzdłuż jezdni. Trasa z Żabljaka do wsi Nedajno początkowo pięła się pod górę, odkrywając przed nami panoramę głównych szczytów Durmitora i jeszcze dorodniejsze, dojrzałe w słońcu maliny, które nieustannie nas spowalniały. Trochę opóźnieni, ale syci, dotarliśmy do punktu widokowego pod szczytem Veliki Sztuoc. Zjazd z tego miejsca oznaczał powolne pożegnanie z wysokogórską scenerią oraz powrót do widoków znanych nam z Parku Krajobrazowego Piwa. Przed nami w dolinie znowu pojawiły się miękkie pagórki i sielski krajobraz.

Jak się okazało, największa trudność czekała na nas pod koniec dnia. Nedajno mieliśmy już w zasięgu wzroku, ale na drodze do celu stanął nam przepastny wąwóz rzeki Suszicy, o głębokości ponad 300 m. Nie pocieszała nas myśl, że zjeżdżamy po serpentynach w dół tylko po to, żeby zaraz wspiąć się na tę samą wysokość. Nie było jednak wyboru. Zdołaliśmy dotrzeć do wsi tuż przed zmierzchem oraz nadejściem chłodnego wiatru, zwiastującego załamanie pogody.

Jak większość osad w Durmitorze, Nedajno lata swojej świetności ma już za sobą. Malowniczo położone na skarpie tuż nad kanionem, obecnie nie przypomina już żywej góralskiej wsi, jaką zapewne kiedyś było. Miła właścicielka jedynej kawiarenki i pokoi gościnnych wielkodusznie zaproponowała nam rozbicie namiotu w jej podwórku, z możliwością skorzystania z wychodka. Nic więcej nie było nam do szczęścia potrzebne.

Ostatnia noc i poranek na trasie pokazały nieprzewidywalność górskiej pogody i zmusiły nas do sięgnięcia głęboko w sakwy po ciepłe getry i dodatkowe polary. Ten pochmurny dzień zapowiadał się najmniej atrakcyjnie nie tylko ze względu na aurę, ale także dlatego, że spora część trasy, którą mieliśmy przebyć, była nam już znana. Po kilku kilometrach dołączyliśmy do drogi, którą ze Szćepan Polja dotarliśmy wcześniej do Trsy. Jazda w przeciwnym kierunku przy zachmurzonym niebie przyniosła nową perspektywę, spokojną kontemplację i czas na refleksję nad przestrzenią, której częścią staliśmy się w ciągu ostatnich dni.

Do Szćepan Polja dotoczyliśmy się późnym popołudniem, gdzie chcąc nie chcąc załapaliśmy się na nocny koncert durmitorskich gęślarzy. Patriotyczna, wyczerpująca niejednostajnym rytmem i co raz rzucanymi okrzykami muzyka rozlegała się w całej wsi, zbyt małej, żeby móc dokądkolwiek uciec. Noc w Crkviczkom Polju z pewnością miałaby więcej uroku i większą wartość regeneracyjną.


Czas przejazdu – 5 dni
Długość trasy – ok. 145 km

Tekst i zdjęcia – Dagna Lewandowska i Anel Ramić (malisvijet.net/en/)

Ta strona wykorzystuje Ciasteczka - więcej informacji o polityce prywatności i RODO

Ustawienia plików cookie na tej stronie są ustawione na „zezwalaj na pliki cookie”, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą jakość przeglądania. Jeśli będziesz nadal korzystać z tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz „Akceptuję” poniżej, wyrażasz na to zgodę.

Zamknij